sobota, 22 listopada 2014

Prolog

     Znów ten sam ponury dzień. Chmury zasłoniły całe niebo. Chyba można je porównać do mnie. Chociaż nie. Ja i niebo to dwie zupełnie inne rzeczy. Niebo... z wierzchu ponure, lecz pod warstwą chmur radosne i pogodne. Ja... odwrotnie. Z zewnątrz wesoła, a wewnątrz... chyba sama nie wiem... mam mieszane uczucia. To zależy ile razy muszę powtarzać jeden dzień. Ile razy muszę siedzieć na tej samej lekcji i wpatrywać się w te same przelatujące ptaki za oknem, ile razy mam gadać z tym samym nachalnym chłopakiem i ile razy starać się o tego drugiego, a raczej tylko udawać, że się staram. Tak naprawdę doskonale wiem, że mu na mnie zależy. Ile razy mam cofać ten cholerny czas?! Mam już tego dosyć! Tylko dlatego, że Jackobowi coś się nie podobało?! OH! Zaczynam żałować, że w ogóle się na to wszystko zgodziłam! Przecież miałam wybór! Jaka ja byłam głupia! Szkoda, że nie mogę się cofnąć do tamtego dnia! Nie mogę już teraz nic zrobić... Nic do cholery! Jak ja nienawidzę swojego życia!
     -Dobra trzeba iść do tej pieprzonej szkoły... - ocknęłam się z zamyślenia.
Włożyłam kilka zeszytów do torby, wzięłam ostatni łyk herbaty i wyszłam, zatrzymując się tylko na chwilę przed drzwiami żeby je zamknąć, po czym ruszyłam w drogę do szkoły. Minęłam znów sąsiadkę, która szła z wózkiem na zakupy, zaraz po niej jakąś dziewczynę, która ostatnio wprowadziła się parę domów dalej i tak właśnie doszłam do postoju taksówek. W sumie mogłam pojechać moim samochodem, ale nie miałam dziś ochoty. Podeszłam do jednej taksówki i po uprzednim upewnieniu się, że jest wolna wsiadłam do środka.
     -Dzień dobry!
     -Dzień dobry. Gdzie jedziemy?
     -Do liceum przy ulicy Malowicza 15. Zależy mi na czasie.

***

     -Ile się należy?
     -30 dolarów.
     -Proszę - powiedziałam wręczając kierowcy 50-dolarowy banknot. - Reszty nie trzeba. 
Wysiadłam z samochodu i szybkim krokiem ruszyłam w stronę głównego wejścia szkoły. Oczywiście przed drzwiami czekała już na mnie Rose i gadała z tym debilem Mikiem. Znałam już na pamięć cały dzisiejszy dzień.
     -Hej! Co taka smutna? Coś się stało? - Zapytała po czym przyjaźnie mnie przytuliła.
     -Hej. Nie no co ty nic się nie stało, to przez tą pogodę - odpowiedziałam trochę znudzona.
     -No dobra, ale jakby co to wiesz, że możesz nam mówić o wszystkim - odezwał się Mike. 
     -Tak wiem, dzięki - uśmiechnęłam się sztucznie.
     -Muszę iść na chwilę do toalety. Idziesz ze mną? - Zapytała Rosalie. 
     -Jasne - odpowiedziałam radośnie, bo tylko czekałam żeby się oderwać od tego chłopaka. - Wrócimy za kilka minut - zwróciłam się do niego.
     -Spoko. Będę czekał przed salą - odpowiedział wpatrując się w moje oczy. 
     -Dobra. Choć Rose możemy iść.
     -Ej. A czemu ty nic z tym nie robisz?
     -Ale z czym?
     -No nie widzisz jak on na ciebie patrzy?
     -Normalnie - udawałam, że nie wiem o co chodzi.
     -Rób co chcesz, ale moim zdaniem powinnaś mu powiedzieć, że nic do niego nie czujesz. 
     -Co mu to da? Oprócz tego, że tylko się załamie - powiedziałam, choć zaczęłam się zastanawiać nad jej słowami. Może to o to chodziło Jackobowi? O tak mały szczegół? No nie wiem może jednak...
     -Im dłużej tym gorzej - powiedziała wyciągając z torebki kosmetyczkę.
     -Masz rację chyba powinnam mu to powiedzieć.
No tak i już od teraz dzień będzie wyglądał zupełnie inaczej. Chyba w sumie to i lepiej. 
     -No nareszcie. Trzymasz go w niepewności już od miesiąca. A pro po chłopaków. Gadałaś z Davidem? Udało ci się wreszcie? 
     -Tylko ostatnio na stołówce. Nic specjalnego. 
     -Dziwne. Przecież tylu chłopaków w szkole chciałoby z tobą chodzić, a on jest jakiś...
     -Wyjątkowy-powiedziałam i spojrzałam na nią.
     -Jeśli chcesz to tak nazwać - wzruszyła ramionami.
     -No, ale o to chodzi. Popatrz tylu chłopaków za mną lata, a on? On tylko patrzy od czasu do czasu... Ty jesteś szczęściarą. Chciałaś żeby tylko jednemu na tobie zależało. I tak było. A ja? Mogę mieć każdego z wyjątkiem tego, na którym mi naprawdę zależy. Niech to szlag!
     -Nie przejmuj się tak. I z tym się uda. 
     -Mam nadzieję... - wyszeptałam podłamana. 
     -Dobra skończyłam możemy iść - powiedziała chowając małą torebeczkę. - Co teraz masz?
     -Co? - Spojrzałam na nią nieco zdezorientowana. - A tak. Teraz biologię.
     -No to mamy razem. Nie musisz z nim teraz siedzieć.
     -No to super. Ej wiesz co? - Powiedziałam nieco ściszając głos, bo właśnie wychodziłyśmy z łazienki. - Mam dziś angielski - byłam tak szczęśliwa jakby był to mój lubiony przedmiot.
     -No i? Co z tego? Nigdy wcześniej nie byłaś taka szczęśliwa jak mówiłaś o tym przedmiocie - powiedziała nieco się krzywiąc.
     -Tak, ale nie zgadniesz kto się przepisał do mojej grupy - zaświergotałam.
     -Hmmmm... Niech zgadnę... David? - Spytała chociaż znała już odpowiedź.
     -Nie mogę się już doczekać! Jest tylko jedno wolne miejsce w całej klasie. I jest obok mnie, bo nie chciałam z nikim siedzieć - byłam tak szczęśliwa, że myślałam, że pęknę z radości.
     -No to życzę powodzenia. W sumie nie tylko w tym - przez chwilę nie wiedziałam o co jej chodzi, ale chwile później weszliśmy do klasy i nie miała więcej pytań.
     Usiadłam jak zwykle w piątej ławce od okna. Nie lubiłam tej sali, bo były w niej trzyosobowe ławki. Innym bardzo się to podobało, ale nie mi - dziewczynie, do której zawsze dosiadał się jakiś chłopak. Ostatnio ten sam.
     -Proszę się uspokoić lekcja się zaczęła! - Usłyszałam twardy głos pana Walkera. - Proszę otworzyć książki na stronie... - dalej już nie słuchałam. Nie musiałam. I tak znałam całą lekcję na pamięć.
     -Rose, proszę zamień się dziś ze mną miejscem. Nie chce znowu siedzieć obok niego. No wiesz o co mi chodzi - normalnie nie miałabym nic przeciwko już wiele razy jakiś chłopak siadał ze mną w ławce, ale nie chciałam przez kolejną lekcję czuć jak próbuje złapać mnie za rękę.
     -Pod jednym warunkiem - powiedziała stanowczo.
     -O co chodzi? - Spytałam nieco zaskoczona.
     -Powiesz mu dzisiaj o tym, że widzisz co się dzieje i że nie chcesz z nim chodzić.
No i...
     -I...?
     -I pogadasz dzisiaj trochę dłużej z Davidem.
     -Jak chcesz - powiedziałam i zajęłam jej miejsce.
     -Hej. Całą przerwę spędziłyście w łazience? Zamieniłyście się miejscami?
     -Ehm... Tak. Siadasz z nami czy idziesz do kogoś innego? - Spytała Rosalie ze sztucznym uśmiechem na ustach.
     -Usiądę z wami.
     Cała lekcja przebiegała dosyć normalnie. Nauczyciel co chwila uciszał klasę, dużo pisał na tablicy, robiliśmy doświadczenia i wszystko co zazwyczaj robiliśmy na lekcjach biologii.
      -Co ty robisz?! - Krzyknęła Rose kiedy nastała kompletna cisza. Oczy wszystkich skierowały się w jej stronę.
      -Co się stało? - Spytał zdziwiony nauczyciel.
      -Przepraszam jestem przyzwyczajony, że to Emily siedzi obok mnie - odezwał się niespodziewanie Mike.
      -Mike, czy chciałbyś nam coś powiedzieć? - Pan Walker nadal nie rozumiał co się stało.
      -No, bo ja... - odpowiedział chłopak, nieco zakłopotany. Na jego twarzy pokazały się rumieńce.
      -Nic poważnego się nie stało, ale czy mogę się przesiąść?
      -Proszę - odpowiedział nauczyciel.
      -Przepraszam, a czy ja też bym mogła? - Zapytałam niepewnie oglądając się na koleżankę.
      -Proszę - odpowiedział odprowadzając wzrokiem Rose do pustej ostatniej ławki.
      -Dziękuję - powiedziałam biorąc do rąk książki i zakładając na ramię torbę poszłam w kierunku wolnego miejsca.
      -A więc tak jak mówiłem... - zaczął profesor.
      -Co się stało? - Zapytałam szeptem Rose.
      -Ten chłopak jest jakiś psychiczny - mówiła rozwścieczona dziewczyna - najpierw łapał mnie za rękę, więc udałam, że tego nie czuję, potem przesunął dłoń na moją nogę, to mu powiedziałam, że mi to nie odpowiada i że chcę żeby przestał i cofnął rękę. Podziałało tylko na chwilę, bo zaraz znowu zaczął od początku. Pomyślałam sobie, że do końca lekcji zostało już mało czasu, więc jakoś wytrzymam, ale kiedy zjechał z mojego uda do jego wewnętrznej strony no to już sama rozumiesz.  
       -No jasne, że rozumiem - powiedziałam na moment ją przytulając żeby nauczyciel nic nie zauważył - powiem mu to wszystko dzisiaj po lekcjach.
        -I?
        -Nie rozumiem.
        -Umawiałyśmy się na coś jeszcze.
        -No i porozmawiam z Davidem - powiedziałam po chwili namysłu.
        -Okej.
        Reszta lekcji przebiegała spokojnie. Może zbyt spokojnie, bo choć do końca zostało ledwie 10 minut to były dla mnie wiecznością.

#########################################################################
 A więc moja historia powraca w trochę lepszym wydaniu. Mam nadzieję, że wam się spodoba.
Co myślicie o słowach, które tutaj pojawiły się pierwszy raz i których użyłam dla wyostrzenia wypowiedzi bohaterki. Jednym to przeszkadza, a inni uważają to za wskazane, ale z umiarem. Co wy o tym sądzicie? Rozdziały powinne być dłuższe czy krótsze? Do zobaczenia za tydzień ;)

sobota, 15 listopada 2014

Rozdział 9

     Szłam za nieznajomą dokładnie się wszystkiemu przyglądając. Prowadziła mnie wąskim korytarzem. Na ścianach wisiały portrety istot podobnych do niej. Otworzyła wielkie drzwi i wprowadziła mnie do pomieszczenia. Sufit oddalony było od mojej głowy o kilkadziesiąt metrów, jednak udało mi się dostrzec małe latarnie. Mimo, iż było ich niewiele, dawały dużo światła. Otoczona byłam półkami wypełnionymi książkami. Tworzyły one ściany. Oprócz tego wszędzie były porozstawiane wielkie, rozłożyste fotele z czerwonymi obiciami. Zza półek zaczęły nieśmiało wyglądać przeróżne istoty. Niektóre wyglądały jak zwykli ludzie, inni jak coś zupełnie mi nieznanego, ale każdy wyglądał inaczej. Poczułam na sobie ich spojrzenie.
      -Hej - powiedziałam nieśmiało - nazywam się... - nie zdążyłam dokończyć, bo przyjaciółka Mantimy nakazała mi się uciszyć.
      -Najpierw przemawia osoba, którą znają. Inaczej nie będą się czuli bezpiecznie.
Pokiwałam głową i poczułam się trochę zawstydzona.
      -Posłuchajcie to jest Emily. Będzie się uczyć w naszej szkole. Nie musicie się jej bać. Jest jedną z nas.
Po tych słowach wszyscy wyszli z ukrycia i zaczęli mi się kolejno przedstawiać.
      -Ja już was zostawię samych. Mam nadzieję, że sobie poradzicie. A tak w ogóle Emily możesz mi mówić Kamstaren - i nagle znikła. Jakby rozpłynęła się powietrzu.
Stałam przez chwilę z otwartymi ustami.
       -Hej - wyrwałam się z zamyślenia. Przede mną stała zwyczajna dziewczyna z brązowymi włosami uczesanymi w warkocza i niebieskimi oczami. Na nosie i policzkach miała pełno piegów. - Nazywam się Lucy. Jesteś Emily, tak? Pokażę ci nasze pokoje i pociągnęła mnie za rękę.


Tak, a więc to był by koniec "starej" historii. Czas na nową twórczość, która mam nadzieję będzie lepsza od tej. Do zobaczenia za tydzień ;)

wtorek, 11 listopada 2014

Codzienny spacer

     Ostatni raz spojrzałam na zegarek w telefonie i wyjrzałam przez okno. Zbiegłam schodami na dół. Otworzyłam drzwi i choć jeszcze nie byłam na zewnątrz to poczułam lekki powiew mroźnego wiatru. Szybko założyłam zimowe buty i ciemnozieloną kurtkę. Wyszłam i zamknęłam za sobą drzwi wejściowe. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Odwzajemnił go. Moje oczy się śmiały, a ja czułam się znowu jak małe dziecko. Czemu? W sumie sama nie wiem.  Może to dlatego, że to właśnie on. Choć miał swoje wady to bez nich na pewno nie lubiłabym go aż tak bardzo.
     -Hej - powiedziałam niby obojętnie.
     -Hej - powiedział cały czas się uśmiechając.
     Szliśmy przez chwilę w ciszy wpatrując się w jasne, zawsze te same latarnie i w gwiazdy tak dalekie, że ledwo dla nas widoczne. Bardzo lubiłam się w nie przyglądać. Zawsze przypominały mi nas. Byliśmy tak bardzo blisko siebie, ale tylko nieliczni to widzieli. Każdy widział nas, albo jako parę, albo jako znajomych, którzy praktycznie nic o sobie nie wiedzą. My mieliśmy swój odmienny punkt widzenia. Byliśmy po prostu przyjaciółmi. Z resztą bardzo bliskimi według mnie przyjaciółmi. A przecież znaliśmy się zaledwie rok. Rozmawialiśmy ze sobą zaledwie od kilku miesięcy, bo wcześniej żadne z nas nie chciało ze sobą nawzajem rozmawiać. Nie czuliśmy takiej potrzeby.
     Wreszcie on przerwał ciszę:
     -Co dzisiaj robiłaś? - Zapytał jak zwykle.
     -Nic ciekawego cały dzień się nudziłam. - Odpowiedziałam wzruszając ramionami. - A ty?
     -To samo. A nie opowiesz mi o swojej randce z twoim ukochanym? - Dodał śmiejąc się w głos. Zawsze żartował z chłopaka, któremu się podobałam, a ja go nigdy nie lubiłam.
     -Ej! To nie jest mój ukochany! Przecież wiesz, że go nienawidzę! - Udałam oburzoną i jak zwykle zaczęłam uderzać go rękami o jego ramię.
Złapał mnie za ręce i odwrócił mnie do siebie tyłem, a potem delikatnie przytulił. Pozwoliłam mu na to i również delikatnie oparłam się o niego. Zawsze się tak działo. Podczas każdego wyjścia. Lubiłam się z nim droczyć. Lubiła  kiedy mnie przytulał. Ale czy to wszystko było dobre.. normalne... Nie wiem jak inaczej to nazwać. Szliśmy dalej i cały czas się o coś "kłóciliśmy". Co chwila mnie przytulał, ale zawsze trwało to tylko moment.
     Minęła już godzina, a ja nawet nie wiem o czym tyle czasu mogliśmy rozmawiać. Zobaczyłam jakiś ludzi, którzy szli przed nami, a potem nagle gdzieś zniknęli za zakrętem.
      -Gdzie oni się podziali? Przecież widziałeś... Szli tuż przed nami.
      -Może się przestraszyli jak cię zobaczyli - zaczął się śmiać.
Podeszłam do najbliższego drzewa i zerwałam z niego liście. Rzuciłam w niego nimi i zaczęłam uciekać. Po chwili i tak się poddałam, bo zobaczyłam, że jego cień i tak już prawie dotyka mojego. Złapał mnie w talii, a potem odrywając od mojego ciała jedną rękę i mocniej przyciskając drugą, posypał na moją głowę deszcz liści. Popatrzyłam na niego roześmiana. Nie potrafiłam być na niego zła, nawet jak czułam, że powinnam.
     -Obrażam się - powiedziałam i teatralnie tupnęłam nogą.
     -No przepraszam, przecież wiesz, że żartuję. Nie miałem na myśli, że jesteś brzydka - powiedział czule, choć wiedział, że żartuję. Znów do mnie podszedł i na moment objął mnie w talii, delikatnie zsuwając dłonie na biodra.
     -Zimno mi. Idziemy do mnie? - Zapytałam.
     -Jak chcesz - odpowiedział nadal się śmiejąc.
     Weszliśmy do domu. Zostawiliśmy buty i kurtki w szafie i poszliśmy do mojego pokoju. Położyliśmy się na łóżku i zaczęliśmy rozmawiać. Po jakimś czasie włączył muzykę.
     -Co to jest?
     -Co?
     -No ta muzyka.
     -Mój ulubiony zespół.
     -To znaczy?
     -Nie znasz ich? - Spytał zdziwiony.
     -Jak ich nie znam to znaczy, że są beznadziejni - powiedziałam śmiejąc się, bo oczywiście nie mówiłam na poważnie.
     -Tak jasne po prostu nie znasz się na muzyce - znowu zaczął się droczyć.
Wzięłam poduszkę i rzuciłam w niego z całej siły. Złapał mnie za ręce, na ułamek sekundy spojrzał głęboko w oczy i obrócił tak, że w jednej chwili leżałam oparta o jego brzuch. Zostaliśmy tak już do końca dnia.
     Po jego wyjściu było mi trochę smutno. Nie lubiłam zostawać sama. Zastanawiałam się tylko czy on widzi w tym coś więcej niż przyjaźń, która dotychczas między nami była. Chociaż lubiłam się do niego przytulać to obawiałam się, że może to się przerodzić w coś większego.
     Tej nocy nie mogłam zasnąć... Rozmyślałam co będzie dalej i pisałam na laptopie notatkę z całego mojego dnia. Kładąc się spać spojrzałam ostatni raz na zegar nad drzwiami, który wskazywał godzinę drugą w nocy.



***********************************************************************************
Jak się pewnie część z was już domyśliła główną bezimienną bohaterką jestem ja sama. Opisałam mój rzeczywisty dzień. Nic nie dodawałam. Wszystko jest prawdziwe. Nawet godzina, o której skończyłam to pisać. Wpis nie ma związku z poprzednimi. Po prostu mnie natchnęło. Mam nadzieję, że wam się spodobał, jeżeli tak to może napiszę takich więcej. Dobranoc.

sobota, 8 listopada 2014

Rozdział 8

     -Nie! Ja chce się obudzić! To nie jest prawda! - Krzyczałam.
     -Przestań. Jesteś żałosna. Z resztą jak większość - odezwała się postać z mojego snu.
     -Tak?! Ciekawe jak ty byś się zachowała! A tak w ogóle to ty przecież nie istniejesz! Coś mi się pomieszało w głowie od czasu kiedy zemdlałam. Nie ciebie tutaj wcale nie ma - ostatnie zdanie powiedziałam już spokojnie. Zaczęłam kierować się w stronę łóżka. Nagle poczułam na moim ręku zimny dotyk skóry. -Super. Zostałam schwytana przez moją własną wyobraźnię.
      -Jestem prawdziwa i ty dobrze o tym wiesz. Przeżyłaś szok. Nikt z odwiedzających nie widział czegoś takiego przy pierwszej wizycie.
      -Chwileczkę. Wizycie tam? Na tej twojej planecie?
      -W sumie to jest to raczej inny świat.
      -Rozumiem to kolejny sen. Kiedy się obudzę? - spytałam z ironią.
      -Przestań. Jeśli chcesz mogę ci wszystko wyjaśnić, ale musisz ze mną współpracować.
      -No dobrze powiedzmy, że ci wierzę. Wyjaśnisz mi to?
      -Wspominałaś coś, że któregoś dnia zemdlałaś.
      -No i?
      -Ty wiesz coś więcej, prawda? Prawie się wygadałaś chłopakowi. On już coś podejrzewa. Wiem, że tego samego dnia porwano Eve. Jesteś teraz w kinie. Odnalazła się. Ale skończył ci się czas żeby z nią porozmawiać. Czas się zatrzymał.
      -Czekaj. Skąd ty to wiesz? Co to było jakieś przedstawienie? Jest tu gdzieś jakaś ukryta kamera? Nic mi nie wyjaśniłaś. Jedyne co teraz zrozumiałam to, że ktoś sobie ze mnie żartuje. Tylko nie wiem czemu!
      -Złap mnie za rękę. Gdzieś cię zaprowadzę.
      -Muszę? Nie mogę iść za tobą? - spytałam, ale spojrzała na mnie tak, że już znałam odpowiedź. Niepewnie chwyciłam jej rękę. Znów mrok i pustka wypełniły mój umysł. Chwilę później moim oczom ukazały się wrota do nieznanej krainy. Otworzyły się, a ja i Mantima przekroczyłyśmy ich próg. Dopiero teraz zobaczyłam przepaść pod stopami.
***
      -Padnij! - Usłyszałam. Nade mną przeleciał ogromny smok. W oddali słychać było huk.
      -Nic ci nie jest? - spytała obca mi osoba - Emily słyszysz mnie?
      -Nie nic mi nie jest skąd znasz moje imie?
      -Jestem przyjaciółką Mantimy ona musiała iść choć ze mną! Szybko!
Dobiegłyśmy do wielkiego pałacu. Pozłacane wrota już na nas czekały otwarte. Gdy tylko znalazłyśmy się w środku usłyszałam za sobą głośny huk zamykanych drzwi. 
      -Ok. Co tu jest grane?-spytałam przerażona.
      -Są teraz ćwiczenia. Choć oprowadzę cię po naszej szkole.
      -To to jest szkoła? To wygląda jak jakiś pałac.
      -Najpierw pokażę ci bibliotekę. Weźmiemy dla ciebie książki.
      -Ale ja mam szkołę. Nie potrzebuję drugiej dzięki. 
      -Musisz. Nauczymy cię jak żyć. Jak to wszystko kontrolować.
      -Jasne - odpowiedziałam nie pytając o nic więcej, bo wiedziałam, że i tak nic nie zrozumiem.
      -Należysz do pierwszej klasy. W tym roku nauczymy cię podstaw. 
      -A czego dokładniej?
      -No między innymi przemiany, przejścia do innych światów... podstaw samoobrony?
      -Czyli jakaś sztuka walki?
      -Nie, nie, nie. Będziesz się uczyła walczyć jako smok. Oczywiście najpierw zobaczymy jaka jesteś.
      -Wszyscy tutaj są smokami?
      -Potrafią się w nie zamieniać.
      -Dlaczego... Dlaczego przechodzę do innych światów? Dlaczego akurat ja?
      -Nie jesteś jedyna. Jeśli chcesz możemy najpierw cię przedstawić.

sobota, 1 listopada 2014

Rozdział 7

     Zamykając oczy zastanawiało mnie czego mogę się spodziewać od mojego życia. Jakie niespodzianki dla mnie przygotowało? Lecz mój namysł nie trwał długo. Przerwało je nagła cisza i ten sam dźwięk. Przed oczami miałam pustkę. Na ciemnym tle zaczęły pojawiać się zarysy postaci. Przypominały białe plamy. Z czasem przybrały normalne barwy. Pierwszą postacią był chłopak o ciemnobrązowych włosach i zielonych oczach, zaś drugą dziewczyna długich, lekko falowanych, brąz włosach i niebieskich oczach. Doskonale wiedziałam kim są. Widziałam siebie i Briana. Podszedł do mnie i wyciągnął rękę, ale ja jej nie złapałam. Zamiast tego uciekłam. Szukałam w pustce drugiej mnie, ale nie znalazłam. Znów spojrzałam na chłopaka. Wyglądał już trochę inaczej. Nie był już szczęśliwy, a zamiast zwykłej koszulki i szortów miał na sobie garnitur.
     - Co do... - pomyślałam.
W tym samym momencie pojawiła się reszta ludzi. Wszyscy ubrani na czarno i wszyscy równie smutni. Patrzyli się w jedno miejsce. Odwróciłam głowę w tą samą stronę i zobaczyłam... Trumnę.
     - Chwileczkę skoro są tu wszyscy moi przyjaciele to czemu mnie tu nie ma?
Potrzebowałam paru minut zanim do mnie dotarło.
     - To jest mój pogrzeb – wyszeptałam.
     - Tak. Zgadłaś. Nawet szybko – usłyszałam za sobą i aż podskoczyłam. Odwróciłam się na pięcie.
Przede mną stała szczupła dziewczyna, ale nie był to człowiek. Przypominała bardziej kota. Była na dwóch łapach z długimi pazurami, pokrytymi fioletowym futrem. Miała duże, zielone, kocie oczy, za to jej uszy kojarzyły mi się ze smokiem. Oprócz tego do pasa sięgały długie brązowe włosy.
     - Kim jesteś? - wycedziłam. Byłam ciekawa kim i czym jest, ale jednocześnie tak przerażona, że nie potrafiłam tego ukryć.
     - Nazywam się Mantima. Jestem Majwą.
     - To znaczy?
     - Istotą żyjącą w przestrzeni międzyczasowej.
     - Aha jasne – powiedziałam, bo nic tak naprawdę nie rozumiałam.
     -Nie martw się nie ty sama... Codziennie przybywa tu wiele różnych istot.
     - Tu? To znaczy gdzie?
     - Na Bintinie – planecie oddalonej od Ziemi o setki tysięcy lat świetlnych. Nie ma nic wspólnego z innymi planetami. Jesteś tu, ponieważ masz duże kłopoty.
     - Czy chodzi o tego gigantycznego wilka, który stoi za tobą? - zapytałam. Choć się bałam to udało mi się utrzymać spokojny ton.
Odwróciła się na pięcie, skoczyła i w ułamku sekundy zmieniła się w wielkiego, płonącego smoka. Serce zaczęło bić mi mocniej i przewróciłam się na ziemię. Obudziłam się. Nadal byłam przerażona. Wstałam i poszłam do łazienki, by przemyć twarz zimną wodą. Gdy spojrzałam w lustro nie mogłam wierzyć własnym oczom.

sobota, 25 października 2014

Rozdział 6

      - Co by teraz porobić - powiedziałam sama do siebie, kiedy w pokoju rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłam. Przede mną stał ten sam chłopak co na zdjęciach - hej...
      - Cześć. Czemu nie przyszłaś? Mieliśmy dziś ważny mecz. Obiecałaś, że będziesz - miał przyjemny, ciepły głos. Na jego ustach widać było uśmiech, ale w oczach smutek.
      - Przepraszam... Yhm... Źle się dziś czułam... Myślałam, że Eve ci powiedziała.
      - O czym? - powiedział i zbliżył się na krok.
      - Zemdlałam dzisiaj po lekcjach. Przez połowę drogi do domu nie mogłam odzyskać równowagi... No, a potem część rzeczy zapomniałam....
      - A byłyście u pielęgniarki? - Jego mina zmieniła się teraz w zatroskaną. Objął mnie w pasie i pocałował w policzek. Jednak nie było w tym dla mnie nic dziwnego. Przybliżyłam się jeszcze bardziej i oparłam głowę o jego ramię.
      - Nie, nie byłyśmy. Czuję się już dużo lepiej, ale... - Chciałam mu o wszystkim powiedzieć, ale nie byłam pewna czy powinnam.
      - Ale?
      - Ale jestem głodna - powiedziałam śmiejąc się. Musiałam coś zmyślić - chodź, zjemy coś.
      - A gdzie? - zapytał odwzajemniając uśmiech.
      - Nie wiem jeszcze. Możesz coś zaproponować.
      - Hmmm... To może do takiej restauracji. Otworzyli ją niedawno. Jest niedaleko. Moi znajomi byli i chwalą.
      - Dobrze, ale ty prowadzisz.
Wyszliśmy. Zamknęłam drzwi i ruszyliśmy w kierunku windy.
      - Idziemy sami czy chcesz kogoś zabrać? - zapytał.
      - Nie. Chciałabym spędzić resztę dnia z tobą - nie miałam ochoty na kolejne niespodzianki. Musiałam najpierw przyjąć do wiadomości to, czego już się dowiedziałam.
      - Dobrze. Jedziemy taksówką czy idziemy pieszo?
      - Mówiłeś, że to niedaleko, więc chyba pieszo - powiedziałam nadal się uśmiechając. Przy nim nie potrafiłam być smutna.
      - W takim razie potrzebujemy na dojście aż piętnaście minut - zaczął się śmiać.
Szliśmy trzymając się za ręce. Minęliśmy fontannę i skręciliśmy w lewo. Przed nami była wielka brama, a obok mała furtka.
      - Chwila. Zaczekaj. Trochę się chyba zapomniałam. My chyba nie możemy wychodzić poza teren szkoły.
      - Nam wszystko wolno - powiedział i znów pocałował mnie w policzek.
Wyjął z kieszeni kluczyk i włożył go do zamka. Szliśmy długą ulicą. Było już ciemno. Drogę oświetlały nam tylko latarnie. Na niebie nie było żadnej chmurki, a jedynie księżyc i miliony gwiazd. Zastanawiałam się jak było przed tym wszystkim. Przed moim snem... Jeśli to w ogóle był sen...
      - O czym tak myślisz? - Brian przerwał moje rozmyślania.
      - O wszystkim. O nas - odpowiedziałam i wtuliłam się w jego ramię. Staliśmy tak dobrą minutę.
      - To co idziemy? Czy chcesz wracać? - spojrzał mi w oczy. Było w nich tyle miłości...
      - A daleko jeszcze? - Powiedziałam wesoło.
      - Nie. To już tam - wskazał niski budynek z dużymi oknami. Ze środka dobiegało światło.
      - Więc idziemy.
 ***
       Otworzył przede mną drzwi. Weszłam do środka. Na sali było mnóstwo ludzi. Siedzieli na pięknych krzesłach z pozłacanymi wykończeniami i przy okrągłych stołach. Kelnerka zaprowadziła nas po czerwonym dywanie do dwuosobowego stolika z nieskazitelnie białym obrusem. Podała nam kartę. Ceny nie były tam wysokie. Przynajmniej według mnie. Zamówiliśmy jedzenie.
      - I jak ci się podoba? - zapytał.
      - Jest pięknie. Nie wiedziałam, że tak blisko naszej szkoły jest taka restauracja.
      - To dobrze. Na jedzenie musimy poczekać dwadzieścia minut.
      - Wytrzymam - uśmiechnęłam się - a jak poszedł mecz? - zagadałam.
      - Dobrze. Wygraliśmy pięć do zera.
      - Najlepsi zawsze wygrywają - spojrzałam mu w oczy. Zbliżyliśmy się do siebie i pocałowaliśmy. Czas się zatrzymał. Nic wokół nas nie było. Istnieliśmy tylko my.
      - Masz na jutro jakieś plany?
      - Ehm... Chyba nie... a... jaki jutro dzień?
      - Sobota.
      - Nie. W takim razie nie.
      - Może wybierzemy się gdzieś jutro?
      - Masz jakiś plan? - Byłam ciekawa czy wymyślił coś na jutrzejszy dzień.
      - Pomyślałem, że możemy pójść do kina, a potem do restauracji. Może tutaj, a potem...
      - Tak? A potem?
      - Możemy pójść do mnie.
      - I? Co będziemy robić?
      - Coś wymyślimy.
      - No dobrze - i znów mnie pocałował tym razem w rękę.
W tym momencie przyszła do nas kelnerka i podała jedzenie. Zjedliśmy w ciszy. Zapłaciliśmy i wróciliśmy taksówką do domu.
 ***
      Odprowadził mnie pod drzwi i pocałował na pożegnanie. Weszłam do pokoju i już nie mogłam się doczekać kolejnego dnia. Nie miałam na nic siły. Przebrałam się w piżamę i położyłam do łóżka. Zrzuciłam połowę poduszek na podłogę. Usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Na wyświetlaczu była tylko wiadomość "Dobranoc"

sobota, 18 października 2014

Rozdział 5

     Stanęłam jak wryta. Moim oczom ukazała się roześmiana twarz Eve, a obok niej jej brata. Tego już było dla mnie za wiele. Chciałam biec, krzyczeć "co się z tobą stało?!", ale nie mogłam. Coś trzymało mnie w miejscu tak, że nie potrafiłam się ruszyć. Po chwili zewsząd zaczęło dobiegać nieme "!!!!!!!!!". Upadłam na podłogę, a mój umysł wypełniła pustka.

      - Emily? Emily? - mówiła wpatrzona we mnie, przerażona Eve - otworzyłam oczy - jejku już myślałam, że będę musiała cię wlec do gabinetu pielęgniarki - powiedziała tym razem z uśmiechem.
      - Co się stało? - spytałam nieco oszołomiona.
      - Szłyśmy kiedy nagle upadłaś na ziemię jak worek ziemniaków - powiedziała śmiejąc się w głos.
      - Mi nie wydaje się to być śmieszne - burknęłam. Zastanawiałam się o co chodzi. Nic do mnie jeszcze nie docierało - Chodźmy już na lekcję... Która jest tak w ogóle godzina?
      - Już skończyłyśmy lekcje.
      - To świetnie... - bąknęłam. Próbowałam wstać, ale kiedy już mi się to udało, przewróciłam się
z powrotem
      - Pomogę ci - powiedziała chichocząc i wyciągnęła do mnie rękę. Złapałam ją ponownie usiłując wstać. Szłam podtrzymując się ramienia przyjaciółki.
      W końcu w połowie drogi odzyskałam równowagę i mogłam  iść dalej sama. Przyspieszyłyśmy kroku. Weszłyśmy do ogromnego parku. Szłyśmy drogą wyłożoną szarą kostką brukową. Po bokach były ustawione drewniane ławki. Gdzieniegdzie posadzono drzewa. Minęłyśmy posąg patrona szkoły. Podążałyśmy ciemną ścieżką. Teraz wokół nas porastał gęsty, mieszany las. Drogę oświetlały nam latarnie, które stały po bokach owej ścieżki. W końcu doszłyśmy do małej fontanny. Odbiłyśmy w lewo i zaraz znalazłyśmy się przy krótkich schodkach. Zeszłyśmy po nich w dół i wreszcie ujrzałyśmy nasz cel. Był nim nasz dom, czyli tym samym wszystkich uczniów należących do internatu.

      Przeszłyśmy ogródek i weszłyśmy przez wielkie, podwójne drzwi do środka. Choć znałam nasz salon doskonale to rozejrzałam się jakbym była tutaj pierwszy raz. Stały tam trzy czteroosobowe kanapy w jasnych kolorach, a na środku mały stoliczek, na którym leżały wszelkiego rodzaju czasopisma. Uwagę zwracał kominek z czerwonej cegły i wiszący nad nim telewizor. W oknach sięgających od sufitu do podłogi wisiały kolorowe, pasujące do całej reszty firanki. Pomimo, że budynek miał tylko cztery piętra, posiadał dwie spore windy. Weszłyśmy do jednej z nich i wybrałyśmy guzik z numerem trzecim. Po chwili drzwi znów się otworzyły, a ja nie wiedząc, w którą stronę się teraz udać automatycznie odbiłam w prawo. Teraz naprawdę miałam pustkę w głowie. Przede mną było mnóstwo drzwi, a ja nie wiedziałam, które wybrać. Sięgnęłam do kieszeni
i wyjęłam z niej kluczyk. Niestety nie było przy nim numerka. Nic przy nim nie było.
      - Co się stało? Czemu tak stoisz? Nie idziesz do siebie? - zapytała Eve.
      - Nie... Nie.... Nie pamiętam, który pokój jest mój - powiedziałam zakłopotana.
      - Chyba powinnyśmy jednak iść do pielęgniarki. Pamiętasz jak mam na imię? Jak sama się nazywasz?
      - Tak, tak to pamiętam i imiona pozostałych też. Zapomniałam tylko numery pokoi - odpowiedziałam nerwowo się rozglądając.
      - Choć pokażę ci - powiedziała po czym złapała mnie za rękę.
Prowadziła mnie szerokim, długim korytarzem z czerwonym dywanem i ścianami w kolorze czerwonego grapefruita.
       - To tu - wskazała palcem drzwi z numerem trzysta dwunastym.
       - Dzięki. Który pokój jest twój?
       - Sto pięćdziesiąty czwarty. To na pierwszym piętrze. Brian jest w trzysta siedemdziesiątym. Chyba o nim nie mogłaś zapomnieć. Prawda? - zapytała bacznie mi się przyglądając.
       - Nie no co ty - skłamałam.
       - Dobra, ja już idę. Jakby co to dzwoń - powiedziała po czym odeszła w stronę windy.
Włożyłam kluczyk do zamka. Kiedy już miałam wejść moją uwagę przykuła mała, wisząca na ścianie, blaszana skrzyneczka. Była koloru kremowego z jasnoróżowymi dodatkami. Na górze, na wąskiej klapie widniał napis "listy", a trochę niżej numer pokoju. Przełożyłam kluczyk do zamka skrzyneczki. Otworzyła się. Wyjęłam z niej kilka różowych kopert, a następnie weszłam do pokoju.

       Mój pokój był ogromny. Na prawo od drzwi stała wielka szafa z motywem miasta. Na przeciwko, na całej ścianie było okno z fioletowymi firankami. Z prawej strony stało dwuosobowe łóżko i dwie szafeczki nocne. W moim pokoju stało również długie, szerokie biurko. Przy nim było wygodne, jasne krzesło z drewnianymi wykończeniami.  Oprócz tego w rogu stały dwa rozłożyste fotele, a między nimi długi stolik do kawy.  Usiadłam na jednym z foteli i zaczęłam czytać listy, które znalazłam w skrzynce. W każdym z nich było wyznanie miłości, każdy był od innej osoby.
W każdym z wyjątkiem jednego. Jedna z kopert była zwykła, biała. Otworzyłam ją.  Umieszczono
w niej kartę płatniczą i list. Od rodziców. Pisali:
Wysyłamy ci nową kartę płatniczą. Masz na niej dziesięć tysięcy. Musi ci to wystarczyć do końca następnego miesiąca.
Wiemy, że do wakacji zostały jeszcze cztery miesiące, ale już planujemy podróż. Zamierzamy wyjechać na miesiąc. Na dwa tygodnie do Londynu i na dwa tygodnie na jakąś wyspę, ale jeszcze nie wiemy na jaką. Może ty chcesz gdzieś bardzo pojechać? Czekamy na list. 
Kochający rodzice
 Spojrzałam na zegarek. Wskazywał godzinę siedemnastą. Poczta już była zamknięta. Pomimo to wyjęłam z szuflady biurka kartkę i napisałam do rodziców list z podziękowaniami. Złożyłam go na pół i odłożyłam na bok. Podeszłam do drzwi, które były z drugiej szafy. Kiedy wchodziłam do pokoju nie zauważyłam ich. Otworzyłam je i znalazłam się w dużej łazience z wanną, kabiną prysznicową, toaletą i umywalką, nad którą wisiało duże lustro. Wyszłam i znów zobaczyłam coś nowego. Była to tablica korkowa. Wisiało na niej mnóstwo zdjęć. Na większości z nich byłam ja
i jakiś chłopak. Domyśliłam się, że jest to Brian. Powoli wszystko do mnie wracało. Miałam tylko jeden problem. Co się stało? Czemu obudziłam się tutaj? Czy to był sen? A może teraz śnie? Który ze światów jest rzeczywistością? Nie znałam odpowiedzi na te pytania. Miałam nadzieję, że one przyjdą z czasem.

sobota, 11 października 2014

Rozdział 4

      Wsiadłam do prawie pustego autobusu. Oparłam głowę o szybę i wpatrywałam się w mijane budynki. Postanowiłam odejść trochę od moich problemów. Zadzwoniłam do mojej drugiej najlepszej koleżanki.
      - Halo? - usłyszałam głos Alice.
      - Hej. Tu Emily. Miałabyś może ochotę pójść ze mną do kina?
      - Chętnie. Zaczekaj spytam się rodziców - powiedziała po czym odeszła od telefonu - już jestem. Mogę. A kiedy? Na co?
      - Teraz byśmy pojechały. Film wybierzemy na miejscu.
      - Dobrze to może spotkamy się pod moim domem?
      - Szczerze mówiąc wolałabym na miejscu.
      - No niech będzie. W którym kinie?
Ustaliłyśmy miejsce i godzinę. Ja oczywiście nic z rodzicami nie uzgadniałam. Nie widzieli mnie już cały dzień, a do domu nie pierwszy raz wrócę blisko północy.
  
      Wybrałyśmy najwyżej ocenianą komedię i weszłyśmy na salę. Byłyśmy chyba nieco spóźnione, ale na reklamach nam nie zależało.
      - Tak w ogóle ostatnio się zbyt często nie widywałyśmy. Nie mam ci tego za złe, bo sama oczywiście też mam przyjaciół i spędzam z nimi cały czas, tak jak ty z Eve. Co się stało? Pokłóciłyście się? - Pytała Alice.
      - Nie... Eve ma teraz dużo większe problemy. Myślałam, że wiesz - powiedziałam, ale zaraz ugryzłam się w język. Przecież to miało pozostać tajemnicą.
      - To znaczy? Jakie problemy?
      - No trudno. Miałam nikomu nie mówić, ale sama też nie mogę z tym zostać. Muszę to w końcu z siebie wyrzucić. Eve porwał jakiś mężczyzna. Z tego co się o nim dowiedziałam jest jej bratem, ale to długa historia. Problem w tym, że spotkałam jego brata, a brata ciotecznego Eve w kawiarni. Od razu się do mnie dosiadł, dał mi swój numer i odszedł.
      - Czy mogłabym ci jakoś pomóc?
      - Nie... Nie chcę cię w to wciągać.
Wraz z rozpoczęciem filmu zakończyła się nasza rozmowa. W jego trakcie cała sala się śmiała. Oprócz mnie. Nie mogłam przestać myśleć o Eve. Chociaż się starałam odciągnąć od tego swoją uwagę. Z zamyślenia wyrwał mnie głośny śmiech dochodzący zza moich pleców. Odwróciłam się, ale było zbyt ciemno żebym mogła zobaczyć twarze innych ludzi. Nagle światła się zapaliły. Spojrzałam na ogromny ekran. Leciały już napisy. Nie wiedziałam, że ten film tak szybko minie.
      - Jak ci się podobało? - zagadałam Alice.
      - Było super! Dzięki, że wyciągnęłaś mnie z domu - powiedziała z szerokim uśmiechem.
Znów obejrzałam się za siebie. Szukałam wzrokiem kto mógł tak hałasować w trakcie seansu. To co zobaczyłam nigdy bym się nie spodziewała...

sobota, 4 października 2014

Rozdział 3

      Weszłam na komendę. Było tu więcej ludzi niż ostatnim razem. Wszyscy się gdzieś śpieszyli, co powodowało gwar. Z trudem odnalazłam wujka, który siedział na tym samym miejscu co ostatnio.
     - Hej. Mogę...? - spytałam nie wiedząc jak skończyć zdanie.
     -Jasne, siadaj
Usiadłam w dużym, czarnym fotelu. Oparłam się i rozejrzałam po pomieszczeniu. Był to duży pokój z jasnymi ścianami. Wisiały na nich przeróżne obrazy. Nowoczesne, ale też i bardziej klasyczne. Gdzieniegdzie uzupełniały je zdjęcia wujka z ciocią i Lili - jego małą, słodką córeczką. Nad szklanymi drzwiami wisiał czarny zegar wskazujący godzinę szesnastą. Przede mną na stalowych nogach stało duże, sosnowe biurko, a na nim ogromny monitor (ogromny jak dla mnie, bo ja miałam laptopa).
      - A więc piszesz pracę do szkoły tak? - spytał wujek z lekką nutą niedowierzania.
      - Tak, dokładnie - odpowiedziałam przeczuwając, że wujek coś wie.
      - Więc co chcesz wiedzieć? Pytaj śmiało - powiedział wujek z wielkim uśmiechem na twarzy.
      - Szczerze mówiąc najbardziej mnie ciekawi to czy można kogoś znaleźć wiedząc tylko jak ta osoba wygląda, ale nie jak się nazywa - powiedziałam mając nadzieję, że tak dowiem się czegoś więcej o porywaczu.
      - No jasne. Tylko, że nie mogę ci tego pokazać.
      - Dlaczego? Wujku proszę obiecuję, że napiszę w pracy tylko to, że jest taka możliwość, ale ja tego nie widziałam - błagałam wujka.
      - Eh... No dobrze... Tylko nikomu nie mów zgoda? - od razu przytaknęłam, żeby tylko jak najszybciej zdobyć informacje - No to nie wiem... podaj jakiś dowolny opis. Kogokolwiek albo wymyśl na szybko.
      - No to może tak... krótkie, ciemne włosy... duże, brązowe oczy i.... długi, spiczasty nos. No i jeszcze metr siedemdziesiąt wzrostu.
      - To on? - zapytał niespodziewanie wujek.
      - Ale o co teraz pytasz? - Byłam zaniepokojona, że moje podejrzenia się potwierdzą.
      - Czy to o tego człowieka ci chodziło? Skoro zmyślałaś zapewne wybrałaś podświadomie jakiegoś przechodnia.
      - A tak, tak to on - odpowiedziałam z ulgą.
Spojrzałam na fotografię, na której widać było tylko twarz porywacza. Miał dwadzieścia pięć lat i mieszkał w naszym mieście, w dodatku w domku niedaleko mieszkania Eve. Przeprowadził się tam bardzo nie dawno. Nie był nigdy za nic skazany. Zdziwiło mnie tylko jego nazwisko. Brzmiało tak samo jak nazwisko jej ciotki, która - jak mi opowiadała Eve - nie mogła mieć dzieci, a mimo to miała dwóch synów.
      - Czy wszyscy mają taki swój "album"?
      - Nie... Tylko przestępcy i ktoś kto składał ważne dokumenty na przykład w sprawie adopcji... Historie akurat tego dzieciaka... znam dość dobrze...
      - Co się z nim działo? - wyszeptałam ze wzrokiem wbitym w ziemię.
      - Matka urodziła go w szpitalu, ale nie chciała go wziąć do domu... Powiedziała, że ona i mąż nie chcą mieć dziecka, więc postanowiła zostawić go w szpitalu. Oczywiście nie był to pierwszy taki przypadek. Tylko, że ona nie chciała go mieć w swojej rodzinie. Kiedy jej siostra zaoferowała się, że ona chętnie go przygarnie... odmówiła. Wtedy zaczęło się chodzenie po sądach. W końcu jej siostra wygrała i zabrała chłopca do domu... Przykra sprawa mieć taką matkę... Po jakimś czasie ta kobieta, która go przygarnęła, wyszła za mąż i cudem urodziła chłopca, więc teraz ma młodszego brata - ostatnie zdanie powiedział uśmiechając się - przynajmniej miał weselej z rodzeństwem.
      - A czy możesz mi pokazać jego brata, bo... bo to chyba mój kumpel. Kojarzę nazwisko.
      - No dobrze to on.
Jeszcze raz spojrzałam na ekran. Znów było tak jak podejrzewałam. Moim oczom ukazało się zdjęcie chłopaka z kawiarni.
      - Dziękuję ci wujku. Bardzo mi pomogłeś. Muszę już iść. Do zobaczenia! - powiedziałam z udawanym uśmiechem. Wychodząc przez szklane drzwi jeszcze raz spojrzałam na zegarek. Tym razem wskazywał godzinę osiemnastą.
       W drodze do autobusu zastanawiałam się co teraz powinnam zrobić. Czy to co planuję jest bezpieczne? Jak to wszystko się dalej potoczy? Czemu brat Eve zabrał ją gdzieś bez niczyjej zgody, a już na pewno bez zgody jej rodziców? Chociaż poznałam odpowiedzi na moje poprzednie pytania to pojawiły się następne i teraz już napawdę nie wiedziałam co mam robić.

sobota, 27 września 2014

Rozdział 2


   Postanowiłyśmy dokończyć spokojnie zakupy, chociaż czułyśmy strach przed obcym. Poszłyśmy do toalety. Tam przeczekałyśmy 15 minut i wyszłyśmy drugim wyjściem. Kiedy szłyśmy długim, wąskim korytarzem często oglądałyśmy się za siebie, ale tajemniczego mężczyzny nie było. Zwiedziłyśmy wszystkie sklepy, ale jego nadal nie było. Uznałyśmy, że skoro już nas nie śledzi to nie mamy się czym martwić. Tego dnia miałam pojechać z rodzicami do babci i umówiłam się z nimi, że odbiorą mnie z centrum handlowego. Oznaczało to również, że Eve miała sama wracać autobusem do domu. Kiedy wyszłyśmy moich rodziców jeszcze nie było, więc odprowadziłam Eve na przystanek. Moja przyjaciółka była spokojna, ale ja cały czas bałam się nieznajomego, oglądałam się za siebie wiele razy, lecz nigdzie go nie widziałam. Gdy doszłyśmy na miejsce autobus Eve właśnie podjechał. Pożegnałam się z nią, a ona ruszyła w stronę pojazdu. Kiedy już miałam iść na parking do rodziców, zamarłam. W stronę autobusu do którego wsiadła Eve biegł obcy. Tym razem nie miał kaptura dlatego zdążyłam mu się dobrze przyjrzeć. Miał krótkie ciemne włosy, duże brązowe oczy i długi spiczasty nos. Chciałam pobiec za nim, ale drzwi zamknęły mi się przed nosem. Szybko wyjęłam komórkę i zaczęłam dzwonić do Eve, ale ona nie odbierała. Pomyślałam, że i tak nic nie mogę zrobić, więc poszłam na parking z nadzieją, że mojej przyjaciółce nic się nie stanie.

     -Czemu jesteś taka zdenerwowana? - spytała mama - coś nie tak? Pokłóciłaś się z Eve?
     -Nie... tylko... nie udały nam się zakupy.
Przecież nie mogłam powiedzieć rodzicom "no cóż nic takiego tylko, że moją najlepszą przyjaciółkę śledzi całymi dniami jakiś facet, a dziś wbiegł za nią do autobusu. Nic nikomu nie mówiłyśmy, bo wolimy się pobawić w detektywów narażając swoje życie". Wtedy pomyślałam, że może rzeczywiście powinnyśmy komuś powiedzieć. Przede wszystkim rodzicom Eve. Chociaż z drugiej strony co jeśli on nie działa sam? Co jeśli będzie jeszcze gorzej? Chociaż moim największym zmartwieniem było to co się teraz dzieje z samą Eve? Postanowiłam zadzwonić do niej jeszcze raz.
     -Halo? - słyszę głos Eve.
     -Hej! Jak tam podróż do domu? - Spytałam jak gdyby nic się nie stało. Przecież rodzice o niczym nie wiedzieli.
     -Nie do końca... Jest tutaj - powiedziała ściszonym głosem - siedzi na drugim końcu autobusu. Niestety nie mam zbytnio jak zejść z jego pola widzenia, bo autobus jest pusty.
     -Ojej, to rzeczywiście masz problem... może weź taxi? Skoro autobus stanął na środku drogi, a do kolejnego przystanku masz tyle drogi, to chyba zostaje ci tylko to - zmyślałam wszystko tak, żeby przekazać swój pomysł przyjaciółce, ale też tak żeby rodzice się niczego nie domyślili.
    -Okej, dzięki. Wysiądę na następnym przystanku, żeby taxi zdążyła po mnie przyjechać.
    -Dobrze, ja muszę już kończyć pa. - powiedziałam, a następnie się rozłączyłam.

    Będąc u babci cały czas myślałam o Eve. Jednak im dłużej się zastanawiałam tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że nic jej się nie może stać. W drodze powrotnej na komórkę mojej mamy zadzwonili zaniepokojeni rodzice Eve, z pytaniem czy jest może ona z nami.Oczywiście dostali odpowiedź, że nie widzieliśmy jej już od kilku godzin. I właśnie wtedy zaczęłam się poważnie zastanawiać czy powinnam komuś o tym powiedzieć. Jednak wpadł mi do głowy pewien pomysł. Przypomniałam sobie, że mój wujek pracuje w policji i to na jakimś wysokim stanowisku. Może poproszę jego o pomoc?

     Następnego dnia pojechałam na komendę gdzie pracuje wujek. Oczywiście rodzice o niczym nie wiedzieli.
     -Cześć - powiedziałam ze sztucznym uśmiechem na ustach. Przecież tak na prawdę nie miałam najmnienjszego powodu do bycia szczęśliwą - Muszę napisać pracę do szkoły o działaniu policji. Pomyślałam, że do kogo mam się zwrócić jak nie do ciebie?
     -Cześć! Jak miło cię widzieć. Z resztą to chyba nasze pierwsze spotkanie od dawna - powiedział roześmiany wujek - chętnie bym ci pomógł, ale w tej chwili nie mam czasu. Mogłabyś przyjść za pół godziny?
     -Jasne! Przyjdę później. Do zobaczenia! - powiedziałam wychodząc z komendy.
Postanowiłam, że ten czas spędzę w pobliskiej kawiarni. Zamówiłam gorącą czekoladę i usiadłam samotnie przy dwuosobowym stoliku.
     -Cześć. Mogę się dosiąść? - usłyszałam męski głos.
Podniosłam głowę i zobaczyłam wysokiego blondyna o zielonych oczach.
     -Jasne - odpowiedziałam obojętnie.
     -Czy można spytać co tak piękna dziewczyna robi sama?
     -Jak widzisz nic ciekawego. Piję czekoladę - wiem, że nie było to zbyt miłe, ale miałam ku temu powody. Przede wszystkim nie byłam w nastroju, a z resztą skąd mam wiedzieć czy mogę mu ufać? Skąd mam wiedzieć, że to rzeczywiście był zbieg okoliczności?
     -Powinienem iść? - spytał nieco zawstydzony.
     -Nie, nie po prostu mam nie najlepszy humor - odpowiedziałam ze sztucznym uśmiechem.
     -Rozumiem, ale chyba jednak już sobie pójdę. Tu masz mój numer - powiedział podając mi kawałek papieru, na którym widniało dziewięć cyfr - zadzwoń w wolnym czasie. Będę czekał - po czym wyszedł z kawiarni.
      Pytania napływały jedno po drugim, a ja nie znałam odpowiedzi na żadne z nich. Czemu nieznajomy mężczyzna porwał Eve? Czemu akurat ona? Kim jest obcy? Kim jest chłopak z kawiarni? Czy jest on związany z porywaczem? Miałam nadzieję, że odpowiedzi na te pytania znajdę u wujka.

sobota, 20 września 2014

O mnie

Mam 14 lat i chodzę do 2 klasy gimnazjum. Miałam już kilka blogów wcześniej, ale je zaniedbałam. Tego bloga nie założyłam dla liczby obserwatorów czy komentarzy, ale tylko i wyłącznie po to, aby podzielić się moimi myślami z innymi. Niemniej jednak mile widziane są wszystkie opinie, nawet i te negatywne, bo bardzo chciałabym poprawić się w dziedzinie pisania. Oprócz opowiadań moją pasją jest też gra na gitarze. Myślałam nad założeniem kanału na YT i kto wie może niebawem się on pojawi. Obiecuję, że jeśli tak się stanie dowiecie o tym pierwsi. Mam nadzieję, że moja twórczość będzie wam się podobała. Do zobaczenia w sobotę! ;)

piątek, 19 września 2014

Rozdział 1


     Był wyjątkowo ponury dzień. Po szkole jak zwykle wracałam do domu z moją najlepszą przyjaciółką:
-Nie mogę uwierzyć, że on umówił się z tamtą dziewczyną - powiedziałam głosem pełnym zdziwienia. Jednak Eve mnie nie słuchała. Widziałam, że myślami jest w zupełnie innym świecie - Czy ty mnie w ogóle słuchasz?
-Tak, przepraszam po prostu ostatnio mam nie najlepszy humor... - odpowiedziała z łamiącym się głosem i wzrokiem wbitym w ziemię.
-Może chcesz o tym porozmawiać?
-Nie wiem czy powinnam, ale jeśli nikomu nie powiem to będę z tym zupełnie sama i... i boję się, że nie dam sobie rady...
-A więc... o co chodzi?
-Mam wrażenie, że ostatnio ktoś mnie śledzi - powiedziała prawie szeptem, oglądając się za siebie - już od około tygodnia.
Odbiłyśmy w boczną uliczkę, żeby zaraz znaleźć się w parku. Często tam chodzimy po lekcjach żeby spokojnie porozmawiać, albo po prostu posiedzieć. Jest tam wiele pięknych, zielonych, rozłożystych drzew. Ziemia pokryta jest trawą i wielobarwnymi kwiatami.
-Zaraz będzie przechodził tędy taki facet... - powiedziała Eve kiedy siadałyśmy na ławce.
I rzeczywiście, miała rację. Chwilę później przechodził obok nas wysoki mężczyzna. Niestety nie widziałam twarz, bo miał na głowie kaptur. Zastanawiałam się o co może chodzić. Pomyślałam, że może jak zwykle wpadła w paranoję. Może po prostu to jakiś jej nowy sąsiad? Chociaż z drugiej strony to była trochę dziwna sytuacja... Nigdy wcześniej go nie widziałam, a nawet jeśli by się przeprowadził do tego samego apartamentowca, w którym mieszka Eve to niby czemu chodził by za nią codziennie w drodze do szkoły i z powrotem?
-Na pewno go nie znasz? Rozmawiałaś o tym z rodzicami? - zapytałam, ale ona tylko wzruszyła ramionami - No, bo wiesz przecież twoi rodzice są bogaci, a może wynajęli prywatnego detektywa? No wiesz... po tej akcji jak ten chłopak z 3 klasy cię wrobił w narkotyki. Pamiętasz? Jak handlował narkotykami w szkole, a potem żeby pozbyć się podejrzeń od strony dyrektora i policji podrzucił tobie do plecaka i na ciebie doniósł. Od tamtego czasu twoi rodzice przecież się o ciebie martwią, bo myślą, że wpadłaś w złe towarzystwo. A może to po prostu zbieg okoliczności? Może nie powinnaś się tym tak przejmować?
-Może... może rzeczywiście masz rację... Tylko Emily zrozum mnie, ja się boję - powiedziała drżącym głosem, a w jej pięknych, niebieskich oczach stanęły łzy. Opuściła głowę, tak żeby jej twarz zasłaniały długie, ciemne włosy w odcieniach brązu.
-Nie przejmuj się... Przecież jakoś sobie poradzimy. Najpierw musimy tylko sprawdzić czy on rzeczywiście cie śledzi. Wracajmy ze szkoły zawsze inną drogą jeśli będzie za nami szedł, to znaczy, że cie śledzi, a wtedy pomyślimy co dalej... Dobrze? - zapytałam obejmując ją
-Dobrze- odpowiedziała kiwając głową i wciąż płacząc.
Tak jak postanowiłyśmy, tak zrobiłyśmy. Przez kolejny tydzień chodziłyśmy różnymi drogami do szkoły i ze szkoły. Niestety, okazało się, że Eve miała rację. Zawsze chodził za nami ten sam facet! Także ja się zaczęłam bać. Pomyślałyśmy, że może jak pojedziemy na zakupy i przez cały dzień będziemy w sklepie to może go też nie zobaczymy i się trochę uspokoimy.
     Następnego dnia pojechałyśmy do centrum handlowego. Mogłyśmy się spodziewać, że nie będziemy tam bez "opieki". Wchodził za nami do każdego sklepu!
-Choć! Powiemy o tym ochroniarzowi! W końcu między innymi po to tu są! - powiedziała Eve głosem pełnym oburzenia, ale też i strachu.
-Nie! Nie możemy. On nie może wiedzieć, że my wiemy. Musimy rozwiązać ten problem w jakiś inny sposób... 

poniedziałek, 8 września 2014

O "książce"

        Emily to 15-letnia dziewczyna, która sprawia wrażenie całkiem zwyczajnej. Sama tak o sobie myśli, aż do czasu gdy wydarza się coś niespodziewanego. Dziewczyna gubi się co jest rzeczywistością, a co snem. Nie wie, który świat jest prawdziwy. Zaczyna się zastanawiać czy świat w ogóle istnieje czy żyje. Nie zna odpowiedzi na żadne pytania. Jeśli wy chcecie je poznać przeżyjcie tę przygodę razem z nią. Więcej wam nie zdradzę.


PS. Rozdziały będą regularnie, ponieważ 10 pierwszych rozdziałów będzie ze starego bloga. Nie będą, więc to moje nowe prace.

O mnie

          Nie zamierzam się tu rozpisywać. W sumie... jest to najmniej ważny wpis w całym blogu. Mam na imię Diana i mam 14 lat. Chodzę do 2 klasy gimnazjum.
          Nie ukrywam, że miałam już wcześniej wiele blogów w tym 2 z opowiadaniami. Przez jakiś czas coś na nich zamieszczałam, ale zawaliłam. Zrobiłam to samo co większość blogerów. Obiecywałam, ale na tym się skończyło. Teraz mogę wam obiecać, że przez co najmniej 2 miesiące wpisy będą regularnie co miesiąc. Przyznam szczerze, że nie założyłam bloga dla liczby obserwatorów czy komentarzy, tak jak to było kiedyś. Może z tego wyrosłam? Postanowiłam podzielić się moją pracą z innymi. Może się komuś spodoba? Jeżeli ktoś będzie to czytał to oczywiście komentarze mile widziane, nawet te negatywne, bo dzięki nim wiem co jeszcze mam poprawić. Wpisy będą bardzo krótkie ze względu na to, że wiem jak czytanie na komputerze może być niewygodne i po jakimś czasie męczące.
          Na tym blogu będę kontynuować historię pewnej dziewczyny, ale o tym już może inny wpis?