Stanęłam jak
wryta. Moim oczom ukazała się roześmiana twarz Eve, a obok niej
jej brata. Tego już było dla mnie za wiele. Chciałam biec,
krzyczeć "co się z tobą stało?!", ale nie mogłam. Coś
trzymało mnie w miejscu tak, że nie potrafiłam się ruszyć. Po
chwili zewsząd zaczęło dobiegać nieme "!!!!!!!!!".
Upadłam na podłogę, a mój umysł wypełniła pustka.
- Emily? Emily? - mówiła wpatrzona we mnie, przerażona Eve - otworzyłam oczy - jejku już myślałam, że będę musiała cię wlec do gabinetu pielęgniarki - powiedziała tym razem z uśmiechem.
- Co się stało? - spytałam nieco oszołomiona.
- Szłyśmy kiedy nagle upadłaś na ziemię jak worek ziemniaków - powiedziała śmiejąc się w głos.
- Mi nie wydaje się to być śmieszne - burknęłam. Zastanawiałam się o co chodzi. Nic do mnie jeszcze nie docierało - Chodźmy już na lekcję... Która jest tak w ogóle godzina?
- Już skończyłyśmy lekcje.
- To świetnie... - bąknęłam. Próbowałam wstać, ale kiedy już mi się to udało, przewróciłam się
z powrotem
- Pomogę ci - powiedziała chichocząc i wyciągnęła do mnie rękę. Złapałam ją ponownie usiłując wstać. Szłam podtrzymując się ramienia przyjaciółki.
W końcu w połowie drogi odzyskałam równowagę i mogłam iść dalej sama. Przyspieszyłyśmy kroku. Weszłyśmy do ogromnego parku. Szłyśmy drogą wyłożoną szarą kostką brukową. Po bokach były ustawione drewniane ławki. Gdzieniegdzie posadzono drzewa. Minęłyśmy posąg patrona szkoły. Podążałyśmy ciemną ścieżką. Teraz wokół nas porastał gęsty, mieszany las. Drogę oświetlały nam latarnie, które stały po bokach owej ścieżki. W końcu doszłyśmy do małej fontanny. Odbiłyśmy w lewo i zaraz znalazłyśmy się przy krótkich schodkach. Zeszłyśmy po nich w dół i wreszcie ujrzałyśmy nasz cel. Był nim nasz dom, czyli tym samym wszystkich uczniów należących do internatu.
Przeszłyśmy ogródek i weszłyśmy przez wielkie, podwójne drzwi do środka. Choć znałam nasz salon doskonale to rozejrzałam się jakbym była tutaj pierwszy raz. Stały tam trzy czteroosobowe kanapy w jasnych kolorach, a na środku mały stoliczek, na którym leżały wszelkiego rodzaju czasopisma. Uwagę zwracał kominek z czerwonej cegły i wiszący nad nim telewizor. W oknach sięgających od sufitu do podłogi wisiały kolorowe, pasujące do całej reszty firanki. Pomimo, że budynek miał tylko cztery piętra, posiadał dwie spore windy. Weszłyśmy do jednej z nich i wybrałyśmy guzik z numerem trzecim. Po chwili drzwi znów się otworzyły, a ja nie wiedząc, w którą stronę się teraz udać automatycznie odbiłam w prawo. Teraz naprawdę miałam pustkę w głowie. Przede mną było mnóstwo drzwi, a ja nie wiedziałam, które wybrać. Sięgnęłam do kieszeni
i wyjęłam z niej kluczyk. Niestety nie było przy nim numerka. Nic przy nim nie było.
- Co się stało? Czemu tak stoisz? Nie idziesz do siebie? - zapytała Eve.
- Nie... Nie.... Nie pamiętam, który pokój jest mój - powiedziałam zakłopotana.
- Chyba powinnyśmy jednak iść do pielęgniarki. Pamiętasz jak mam na imię? Jak sama się nazywasz?
- Tak, tak to pamiętam i imiona pozostałych też. Zapomniałam tylko numery pokoi - odpowiedziałam nerwowo się rozglądając.
- Choć pokażę ci - powiedziała po czym złapała mnie za rękę.
Prowadziła mnie szerokim, długim korytarzem z czerwonym dywanem i ścianami w kolorze czerwonego grapefruita.
- To tu - wskazała palcem drzwi z numerem trzysta dwunastym.
- Dzięki. Który pokój jest twój?
- Sto pięćdziesiąty czwarty. To na pierwszym piętrze. Brian jest w trzysta siedemdziesiątym. Chyba o nim nie mogłaś zapomnieć. Prawda? - zapytała bacznie mi się przyglądając.
- Nie no co ty - skłamałam.
- Dobra, ja już idę. Jakby co to dzwoń - powiedziała po czym odeszła w stronę windy.
Włożyłam kluczyk do zamka. Kiedy już miałam wejść moją uwagę przykuła mała, wisząca na ścianie, blaszana skrzyneczka. Była koloru kremowego z jasnoróżowymi dodatkami. Na górze, na wąskiej klapie widniał napis "listy", a trochę niżej numer pokoju. Przełożyłam kluczyk do zamka skrzyneczki. Otworzyła się. Wyjęłam z niej kilka różowych kopert, a następnie weszłam do pokoju.
Mój pokój był ogromny. Na prawo od drzwi stała wielka szafa z motywem miasta. Na przeciwko, na całej ścianie było okno z fioletowymi firankami. Z prawej strony stało dwuosobowe łóżko i dwie szafeczki nocne. W moim pokoju stało również długie, szerokie biurko. Przy nim było wygodne, jasne krzesło z drewnianymi wykończeniami. Oprócz tego w rogu stały dwa rozłożyste fotele, a między nimi długi stolik do kawy. Usiadłam na jednym z foteli i zaczęłam czytać listy, które znalazłam w skrzynce. W każdym z nich było wyznanie miłości, każdy był od innej osoby.
W każdym z wyjątkiem jednego. Jedna z kopert była zwykła, biała. Otworzyłam ją. Umieszczono
w niej kartę płatniczą i list. Od rodziców. Pisali:
- Emily? Emily? - mówiła wpatrzona we mnie, przerażona Eve - otworzyłam oczy - jejku już myślałam, że będę musiała cię wlec do gabinetu pielęgniarki - powiedziała tym razem z uśmiechem.
- Co się stało? - spytałam nieco oszołomiona.
- Szłyśmy kiedy nagle upadłaś na ziemię jak worek ziemniaków - powiedziała śmiejąc się w głos.
- Mi nie wydaje się to być śmieszne - burknęłam. Zastanawiałam się o co chodzi. Nic do mnie jeszcze nie docierało - Chodźmy już na lekcję... Która jest tak w ogóle godzina?
- Już skończyłyśmy lekcje.
- To świetnie... - bąknęłam. Próbowałam wstać, ale kiedy już mi się to udało, przewróciłam się
z powrotem
- Pomogę ci - powiedziała chichocząc i wyciągnęła do mnie rękę. Złapałam ją ponownie usiłując wstać. Szłam podtrzymując się ramienia przyjaciółki.
W końcu w połowie drogi odzyskałam równowagę i mogłam iść dalej sama. Przyspieszyłyśmy kroku. Weszłyśmy do ogromnego parku. Szłyśmy drogą wyłożoną szarą kostką brukową. Po bokach były ustawione drewniane ławki. Gdzieniegdzie posadzono drzewa. Minęłyśmy posąg patrona szkoły. Podążałyśmy ciemną ścieżką. Teraz wokół nas porastał gęsty, mieszany las. Drogę oświetlały nam latarnie, które stały po bokach owej ścieżki. W końcu doszłyśmy do małej fontanny. Odbiłyśmy w lewo i zaraz znalazłyśmy się przy krótkich schodkach. Zeszłyśmy po nich w dół i wreszcie ujrzałyśmy nasz cel. Był nim nasz dom, czyli tym samym wszystkich uczniów należących do internatu.
Przeszłyśmy ogródek i weszłyśmy przez wielkie, podwójne drzwi do środka. Choć znałam nasz salon doskonale to rozejrzałam się jakbym była tutaj pierwszy raz. Stały tam trzy czteroosobowe kanapy w jasnych kolorach, a na środku mały stoliczek, na którym leżały wszelkiego rodzaju czasopisma. Uwagę zwracał kominek z czerwonej cegły i wiszący nad nim telewizor. W oknach sięgających od sufitu do podłogi wisiały kolorowe, pasujące do całej reszty firanki. Pomimo, że budynek miał tylko cztery piętra, posiadał dwie spore windy. Weszłyśmy do jednej z nich i wybrałyśmy guzik z numerem trzecim. Po chwili drzwi znów się otworzyły, a ja nie wiedząc, w którą stronę się teraz udać automatycznie odbiłam w prawo. Teraz naprawdę miałam pustkę w głowie. Przede mną było mnóstwo drzwi, a ja nie wiedziałam, które wybrać. Sięgnęłam do kieszeni
i wyjęłam z niej kluczyk. Niestety nie było przy nim numerka. Nic przy nim nie było.
- Co się stało? Czemu tak stoisz? Nie idziesz do siebie? - zapytała Eve.
- Nie... Nie.... Nie pamiętam, który pokój jest mój - powiedziałam zakłopotana.
- Chyba powinnyśmy jednak iść do pielęgniarki. Pamiętasz jak mam na imię? Jak sama się nazywasz?
- Tak, tak to pamiętam i imiona pozostałych też. Zapomniałam tylko numery pokoi - odpowiedziałam nerwowo się rozglądając.
- Choć pokażę ci - powiedziała po czym złapała mnie za rękę.
Prowadziła mnie szerokim, długim korytarzem z czerwonym dywanem i ścianami w kolorze czerwonego grapefruita.
- To tu - wskazała palcem drzwi z numerem trzysta dwunastym.
- Dzięki. Który pokój jest twój?
- Sto pięćdziesiąty czwarty. To na pierwszym piętrze. Brian jest w trzysta siedemdziesiątym. Chyba o nim nie mogłaś zapomnieć. Prawda? - zapytała bacznie mi się przyglądając.
- Nie no co ty - skłamałam.
- Dobra, ja już idę. Jakby co to dzwoń - powiedziała po czym odeszła w stronę windy.
Włożyłam kluczyk do zamka. Kiedy już miałam wejść moją uwagę przykuła mała, wisząca na ścianie, blaszana skrzyneczka. Była koloru kremowego z jasnoróżowymi dodatkami. Na górze, na wąskiej klapie widniał napis "listy", a trochę niżej numer pokoju. Przełożyłam kluczyk do zamka skrzyneczki. Otworzyła się. Wyjęłam z niej kilka różowych kopert, a następnie weszłam do pokoju.
Mój pokój był ogromny. Na prawo od drzwi stała wielka szafa z motywem miasta. Na przeciwko, na całej ścianie było okno z fioletowymi firankami. Z prawej strony stało dwuosobowe łóżko i dwie szafeczki nocne. W moim pokoju stało również długie, szerokie biurko. Przy nim było wygodne, jasne krzesło z drewnianymi wykończeniami. Oprócz tego w rogu stały dwa rozłożyste fotele, a między nimi długi stolik do kawy. Usiadłam na jednym z foteli i zaczęłam czytać listy, które znalazłam w skrzynce. W każdym z nich było wyznanie miłości, każdy był od innej osoby.
W każdym z wyjątkiem jednego. Jedna z kopert była zwykła, biała. Otworzyłam ją. Umieszczono
w niej kartę płatniczą i list. Od rodziców. Pisali:
Wysyłamy
ci nową kartę płatniczą. Masz na niej dziesięć tysięcy. Musi
ci to wystarczyć do końca następnego miesiąca.
Wiemy,
że do wakacji zostały jeszcze cztery miesiące, ale już planujemy
podróż. Zamierzamy wyjechać na miesiąc. Na dwa tygodnie do
Londynu i na dwa tygodnie na jakąś wyspę, ale jeszcze nie wiemy na
jaką. Może ty chcesz gdzieś bardzo pojechać? Czekamy na list.
Kochający
rodzice
Spojrzałam na
zegarek. Wskazywał godzinę siedemnastą. Poczta już była
zamknięta. Pomimo to wyjęłam z szuflady biurka kartkę i napisałam
do rodziców list z podziękowaniami. Złożyłam go na pół i
odłożyłam na bok. Podeszłam do drzwi, które były z drugiej
szafy. Kiedy wchodziłam do pokoju nie zauważyłam ich. Otworzyłam
je i znalazłam się w dużej łazience z wanną, kabiną
prysznicową, toaletą i umywalką, nad którą wisiało duże
lustro. Wyszłam i znów zobaczyłam coś nowego. Była to tablica
korkowa. Wisiało na niej mnóstwo zdjęć. Na większości z nich
byłam ja
i jakiś chłopak. Domyśliłam się, że jest to Brian. Powoli wszystko do mnie wracało. Miałam tylko jeden problem. Co się stało? Czemu obudziłam się tutaj? Czy to był sen? A może teraz śnie? Który ze światów jest rzeczywistością? Nie znałam odpowiedzi na te pytania. Miałam nadzieję, że one przyjdą z czasem.
i jakiś chłopak. Domyśliłam się, że jest to Brian. Powoli wszystko do mnie wracało. Miałam tylko jeden problem. Co się stało? Czemu obudziłam się tutaj? Czy to był sen? A może teraz śnie? Który ze światów jest rzeczywistością? Nie znałam odpowiedzi na te pytania. Miałam nadzieję, że one przyjdą z czasem.
Świetny rozdział. Tym razem dłuższy. Na początku nie mogłam zrozumieć, o co chodzi? Jednak po chwili zrozumiałam, ze to ten drugi świat.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam :)
"Dwa światy Emily" dopiero po przeczytaniu i ujrzeniu kolejny raz nazwy bloga, zrozumiałam o co chodzi. Rozdział naprawdę genialny, podobnie jak każdy poprzedni. :)
OdpowiedzUsuńPozdrawia Anka.
Bardzo przyjemna muzyka i cudny wygląd bloga. O twoim opowiadaniu można dużo mówić. Ale opiszę jednym słowem: cudownierewalacyjniewciagajaceniepozwalającesięoderwać :)
OdpowiedzUsuńOczywiście obserwuję.
Pozdrawiam ;D
http://tommorow-is-beautifull-dream.blogspot.com/
fajny pomysłowy blog, zapraszam do mnie ;) http://eathealthyandkeepfit.blogspot.com/
OdpowiedzUsuń