sobota, 22 listopada 2014

Prolog

     Znów ten sam ponury dzień. Chmury zasłoniły całe niebo. Chyba można je porównać do mnie. Chociaż nie. Ja i niebo to dwie zupełnie inne rzeczy. Niebo... z wierzchu ponure, lecz pod warstwą chmur radosne i pogodne. Ja... odwrotnie. Z zewnątrz wesoła, a wewnątrz... chyba sama nie wiem... mam mieszane uczucia. To zależy ile razy muszę powtarzać jeden dzień. Ile razy muszę siedzieć na tej samej lekcji i wpatrywać się w te same przelatujące ptaki za oknem, ile razy mam gadać z tym samym nachalnym chłopakiem i ile razy starać się o tego drugiego, a raczej tylko udawać, że się staram. Tak naprawdę doskonale wiem, że mu na mnie zależy. Ile razy mam cofać ten cholerny czas?! Mam już tego dosyć! Tylko dlatego, że Jackobowi coś się nie podobało?! OH! Zaczynam żałować, że w ogóle się na to wszystko zgodziłam! Przecież miałam wybór! Jaka ja byłam głupia! Szkoda, że nie mogę się cofnąć do tamtego dnia! Nie mogę już teraz nic zrobić... Nic do cholery! Jak ja nienawidzę swojego życia!
     -Dobra trzeba iść do tej pieprzonej szkoły... - ocknęłam się z zamyślenia.
Włożyłam kilka zeszytów do torby, wzięłam ostatni łyk herbaty i wyszłam, zatrzymując się tylko na chwilę przed drzwiami żeby je zamknąć, po czym ruszyłam w drogę do szkoły. Minęłam znów sąsiadkę, która szła z wózkiem na zakupy, zaraz po niej jakąś dziewczynę, która ostatnio wprowadziła się parę domów dalej i tak właśnie doszłam do postoju taksówek. W sumie mogłam pojechać moim samochodem, ale nie miałam dziś ochoty. Podeszłam do jednej taksówki i po uprzednim upewnieniu się, że jest wolna wsiadłam do środka.
     -Dzień dobry!
     -Dzień dobry. Gdzie jedziemy?
     -Do liceum przy ulicy Malowicza 15. Zależy mi na czasie.

***

     -Ile się należy?
     -30 dolarów.
     -Proszę - powiedziałam wręczając kierowcy 50-dolarowy banknot. - Reszty nie trzeba. 
Wysiadłam z samochodu i szybkim krokiem ruszyłam w stronę głównego wejścia szkoły. Oczywiście przed drzwiami czekała już na mnie Rose i gadała z tym debilem Mikiem. Znałam już na pamięć cały dzisiejszy dzień.
     -Hej! Co taka smutna? Coś się stało? - Zapytała po czym przyjaźnie mnie przytuliła.
     -Hej. Nie no co ty nic się nie stało, to przez tą pogodę - odpowiedziałam trochę znudzona.
     -No dobra, ale jakby co to wiesz, że możesz nam mówić o wszystkim - odezwał się Mike. 
     -Tak wiem, dzięki - uśmiechnęłam się sztucznie.
     -Muszę iść na chwilę do toalety. Idziesz ze mną? - Zapytała Rosalie. 
     -Jasne - odpowiedziałam radośnie, bo tylko czekałam żeby się oderwać od tego chłopaka. - Wrócimy za kilka minut - zwróciłam się do niego.
     -Spoko. Będę czekał przed salą - odpowiedział wpatrując się w moje oczy. 
     -Dobra. Choć Rose możemy iść.
     -Ej. A czemu ty nic z tym nie robisz?
     -Ale z czym?
     -No nie widzisz jak on na ciebie patrzy?
     -Normalnie - udawałam, że nie wiem o co chodzi.
     -Rób co chcesz, ale moim zdaniem powinnaś mu powiedzieć, że nic do niego nie czujesz. 
     -Co mu to da? Oprócz tego, że tylko się załamie - powiedziałam, choć zaczęłam się zastanawiać nad jej słowami. Może to o to chodziło Jackobowi? O tak mały szczegół? No nie wiem może jednak...
     -Im dłużej tym gorzej - powiedziała wyciągając z torebki kosmetyczkę.
     -Masz rację chyba powinnam mu to powiedzieć.
No tak i już od teraz dzień będzie wyglądał zupełnie inaczej. Chyba w sumie to i lepiej. 
     -No nareszcie. Trzymasz go w niepewności już od miesiąca. A pro po chłopaków. Gadałaś z Davidem? Udało ci się wreszcie? 
     -Tylko ostatnio na stołówce. Nic specjalnego. 
     -Dziwne. Przecież tylu chłopaków w szkole chciałoby z tobą chodzić, a on jest jakiś...
     -Wyjątkowy-powiedziałam i spojrzałam na nią.
     -Jeśli chcesz to tak nazwać - wzruszyła ramionami.
     -No, ale o to chodzi. Popatrz tylu chłopaków za mną lata, a on? On tylko patrzy od czasu do czasu... Ty jesteś szczęściarą. Chciałaś żeby tylko jednemu na tobie zależało. I tak było. A ja? Mogę mieć każdego z wyjątkiem tego, na którym mi naprawdę zależy. Niech to szlag!
     -Nie przejmuj się tak. I z tym się uda. 
     -Mam nadzieję... - wyszeptałam podłamana. 
     -Dobra skończyłam możemy iść - powiedziała chowając małą torebeczkę. - Co teraz masz?
     -Co? - Spojrzałam na nią nieco zdezorientowana. - A tak. Teraz biologię.
     -No to mamy razem. Nie musisz z nim teraz siedzieć.
     -No to super. Ej wiesz co? - Powiedziałam nieco ściszając głos, bo właśnie wychodziłyśmy z łazienki. - Mam dziś angielski - byłam tak szczęśliwa jakby był to mój lubiony przedmiot.
     -No i? Co z tego? Nigdy wcześniej nie byłaś taka szczęśliwa jak mówiłaś o tym przedmiocie - powiedziała nieco się krzywiąc.
     -Tak, ale nie zgadniesz kto się przepisał do mojej grupy - zaświergotałam.
     -Hmmmm... Niech zgadnę... David? - Spytała chociaż znała już odpowiedź.
     -Nie mogę się już doczekać! Jest tylko jedno wolne miejsce w całej klasie. I jest obok mnie, bo nie chciałam z nikim siedzieć - byłam tak szczęśliwa, że myślałam, że pęknę z radości.
     -No to życzę powodzenia. W sumie nie tylko w tym - przez chwilę nie wiedziałam o co jej chodzi, ale chwile później weszliśmy do klasy i nie miała więcej pytań.
     Usiadłam jak zwykle w piątej ławce od okna. Nie lubiłam tej sali, bo były w niej trzyosobowe ławki. Innym bardzo się to podobało, ale nie mi - dziewczynie, do której zawsze dosiadał się jakiś chłopak. Ostatnio ten sam.
     -Proszę się uspokoić lekcja się zaczęła! - Usłyszałam twardy głos pana Walkera. - Proszę otworzyć książki na stronie... - dalej już nie słuchałam. Nie musiałam. I tak znałam całą lekcję na pamięć.
     -Rose, proszę zamień się dziś ze mną miejscem. Nie chce znowu siedzieć obok niego. No wiesz o co mi chodzi - normalnie nie miałabym nic przeciwko już wiele razy jakiś chłopak siadał ze mną w ławce, ale nie chciałam przez kolejną lekcję czuć jak próbuje złapać mnie za rękę.
     -Pod jednym warunkiem - powiedziała stanowczo.
     -O co chodzi? - Spytałam nieco zaskoczona.
     -Powiesz mu dzisiaj o tym, że widzisz co się dzieje i że nie chcesz z nim chodzić.
No i...
     -I...?
     -I pogadasz dzisiaj trochę dłużej z Davidem.
     -Jak chcesz - powiedziałam i zajęłam jej miejsce.
     -Hej. Całą przerwę spędziłyście w łazience? Zamieniłyście się miejscami?
     -Ehm... Tak. Siadasz z nami czy idziesz do kogoś innego? - Spytała Rosalie ze sztucznym uśmiechem na ustach.
     -Usiądę z wami.
     Cała lekcja przebiegała dosyć normalnie. Nauczyciel co chwila uciszał klasę, dużo pisał na tablicy, robiliśmy doświadczenia i wszystko co zazwyczaj robiliśmy na lekcjach biologii.
      -Co ty robisz?! - Krzyknęła Rose kiedy nastała kompletna cisza. Oczy wszystkich skierowały się w jej stronę.
      -Co się stało? - Spytał zdziwiony nauczyciel.
      -Przepraszam jestem przyzwyczajony, że to Emily siedzi obok mnie - odezwał się niespodziewanie Mike.
      -Mike, czy chciałbyś nam coś powiedzieć? - Pan Walker nadal nie rozumiał co się stało.
      -No, bo ja... - odpowiedział chłopak, nieco zakłopotany. Na jego twarzy pokazały się rumieńce.
      -Nic poważnego się nie stało, ale czy mogę się przesiąść?
      -Proszę - odpowiedział nauczyciel.
      -Przepraszam, a czy ja też bym mogła? - Zapytałam niepewnie oglądając się na koleżankę.
      -Proszę - odpowiedział odprowadzając wzrokiem Rose do pustej ostatniej ławki.
      -Dziękuję - powiedziałam biorąc do rąk książki i zakładając na ramię torbę poszłam w kierunku wolnego miejsca.
      -A więc tak jak mówiłem... - zaczął profesor.
      -Co się stało? - Zapytałam szeptem Rose.
      -Ten chłopak jest jakiś psychiczny - mówiła rozwścieczona dziewczyna - najpierw łapał mnie za rękę, więc udałam, że tego nie czuję, potem przesunął dłoń na moją nogę, to mu powiedziałam, że mi to nie odpowiada i że chcę żeby przestał i cofnął rękę. Podziałało tylko na chwilę, bo zaraz znowu zaczął od początku. Pomyślałam sobie, że do końca lekcji zostało już mało czasu, więc jakoś wytrzymam, ale kiedy zjechał z mojego uda do jego wewnętrznej strony no to już sama rozumiesz.  
       -No jasne, że rozumiem - powiedziałam na moment ją przytulając żeby nauczyciel nic nie zauważył - powiem mu to wszystko dzisiaj po lekcjach.
        -I?
        -Nie rozumiem.
        -Umawiałyśmy się na coś jeszcze.
        -No i porozmawiam z Davidem - powiedziałam po chwili namysłu.
        -Okej.
        Reszta lekcji przebiegała spokojnie. Może zbyt spokojnie, bo choć do końca zostało ledwie 10 minut to były dla mnie wiecznością.

#########################################################################
 A więc moja historia powraca w trochę lepszym wydaniu. Mam nadzieję, że wam się spodoba.
Co myślicie o słowach, które tutaj pojawiły się pierwszy raz i których użyłam dla wyostrzenia wypowiedzi bohaterki. Jednym to przeszkadza, a inni uważają to za wskazane, ale z umiarem. Co wy o tym sądzicie? Rozdziały powinne być dłuższe czy krótsze? Do zobaczenia za tydzień ;)

sobota, 15 listopada 2014

Rozdział 9

     Szłam za nieznajomą dokładnie się wszystkiemu przyglądając. Prowadziła mnie wąskim korytarzem. Na ścianach wisiały portrety istot podobnych do niej. Otworzyła wielkie drzwi i wprowadziła mnie do pomieszczenia. Sufit oddalony było od mojej głowy o kilkadziesiąt metrów, jednak udało mi się dostrzec małe latarnie. Mimo, iż było ich niewiele, dawały dużo światła. Otoczona byłam półkami wypełnionymi książkami. Tworzyły one ściany. Oprócz tego wszędzie były porozstawiane wielkie, rozłożyste fotele z czerwonymi obiciami. Zza półek zaczęły nieśmiało wyglądać przeróżne istoty. Niektóre wyglądały jak zwykli ludzie, inni jak coś zupełnie mi nieznanego, ale każdy wyglądał inaczej. Poczułam na sobie ich spojrzenie.
      -Hej - powiedziałam nieśmiało - nazywam się... - nie zdążyłam dokończyć, bo przyjaciółka Mantimy nakazała mi się uciszyć.
      -Najpierw przemawia osoba, którą znają. Inaczej nie będą się czuli bezpiecznie.
Pokiwałam głową i poczułam się trochę zawstydzona.
      -Posłuchajcie to jest Emily. Będzie się uczyć w naszej szkole. Nie musicie się jej bać. Jest jedną z nas.
Po tych słowach wszyscy wyszli z ukrycia i zaczęli mi się kolejno przedstawiać.
      -Ja już was zostawię samych. Mam nadzieję, że sobie poradzicie. A tak w ogóle Emily możesz mi mówić Kamstaren - i nagle znikła. Jakby rozpłynęła się powietrzu.
Stałam przez chwilę z otwartymi ustami.
       -Hej - wyrwałam się z zamyślenia. Przede mną stała zwyczajna dziewczyna z brązowymi włosami uczesanymi w warkocza i niebieskimi oczami. Na nosie i policzkach miała pełno piegów. - Nazywam się Lucy. Jesteś Emily, tak? Pokażę ci nasze pokoje i pociągnęła mnie za rękę.


Tak, a więc to był by koniec "starej" historii. Czas na nową twórczość, która mam nadzieję będzie lepsza od tej. Do zobaczenia za tydzień ;)

wtorek, 11 listopada 2014

Codzienny spacer

     Ostatni raz spojrzałam na zegarek w telefonie i wyjrzałam przez okno. Zbiegłam schodami na dół. Otworzyłam drzwi i choć jeszcze nie byłam na zewnątrz to poczułam lekki powiew mroźnego wiatru. Szybko założyłam zimowe buty i ciemnozieloną kurtkę. Wyszłam i zamknęłam za sobą drzwi wejściowe. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Odwzajemnił go. Moje oczy się śmiały, a ja czułam się znowu jak małe dziecko. Czemu? W sumie sama nie wiem.  Może to dlatego, że to właśnie on. Choć miał swoje wady to bez nich na pewno nie lubiłabym go aż tak bardzo.
     -Hej - powiedziałam niby obojętnie.
     -Hej - powiedział cały czas się uśmiechając.
     Szliśmy przez chwilę w ciszy wpatrując się w jasne, zawsze te same latarnie i w gwiazdy tak dalekie, że ledwo dla nas widoczne. Bardzo lubiłam się w nie przyglądać. Zawsze przypominały mi nas. Byliśmy tak bardzo blisko siebie, ale tylko nieliczni to widzieli. Każdy widział nas, albo jako parę, albo jako znajomych, którzy praktycznie nic o sobie nie wiedzą. My mieliśmy swój odmienny punkt widzenia. Byliśmy po prostu przyjaciółmi. Z resztą bardzo bliskimi według mnie przyjaciółmi. A przecież znaliśmy się zaledwie rok. Rozmawialiśmy ze sobą zaledwie od kilku miesięcy, bo wcześniej żadne z nas nie chciało ze sobą nawzajem rozmawiać. Nie czuliśmy takiej potrzeby.
     Wreszcie on przerwał ciszę:
     -Co dzisiaj robiłaś? - Zapytał jak zwykle.
     -Nic ciekawego cały dzień się nudziłam. - Odpowiedziałam wzruszając ramionami. - A ty?
     -To samo. A nie opowiesz mi o swojej randce z twoim ukochanym? - Dodał śmiejąc się w głos. Zawsze żartował z chłopaka, któremu się podobałam, a ja go nigdy nie lubiłam.
     -Ej! To nie jest mój ukochany! Przecież wiesz, że go nienawidzę! - Udałam oburzoną i jak zwykle zaczęłam uderzać go rękami o jego ramię.
Złapał mnie za ręce i odwrócił mnie do siebie tyłem, a potem delikatnie przytulił. Pozwoliłam mu na to i również delikatnie oparłam się o niego. Zawsze się tak działo. Podczas każdego wyjścia. Lubiłam się z nim droczyć. Lubiła  kiedy mnie przytulał. Ale czy to wszystko było dobre.. normalne... Nie wiem jak inaczej to nazwać. Szliśmy dalej i cały czas się o coś "kłóciliśmy". Co chwila mnie przytulał, ale zawsze trwało to tylko moment.
     Minęła już godzina, a ja nawet nie wiem o czym tyle czasu mogliśmy rozmawiać. Zobaczyłam jakiś ludzi, którzy szli przed nami, a potem nagle gdzieś zniknęli za zakrętem.
      -Gdzie oni się podziali? Przecież widziałeś... Szli tuż przed nami.
      -Może się przestraszyli jak cię zobaczyli - zaczął się śmiać.
Podeszłam do najbliższego drzewa i zerwałam z niego liście. Rzuciłam w niego nimi i zaczęłam uciekać. Po chwili i tak się poddałam, bo zobaczyłam, że jego cień i tak już prawie dotyka mojego. Złapał mnie w talii, a potem odrywając od mojego ciała jedną rękę i mocniej przyciskając drugą, posypał na moją głowę deszcz liści. Popatrzyłam na niego roześmiana. Nie potrafiłam być na niego zła, nawet jak czułam, że powinnam.
     -Obrażam się - powiedziałam i teatralnie tupnęłam nogą.
     -No przepraszam, przecież wiesz, że żartuję. Nie miałem na myśli, że jesteś brzydka - powiedział czule, choć wiedział, że żartuję. Znów do mnie podszedł i na moment objął mnie w talii, delikatnie zsuwając dłonie na biodra.
     -Zimno mi. Idziemy do mnie? - Zapytałam.
     -Jak chcesz - odpowiedział nadal się śmiejąc.
     Weszliśmy do domu. Zostawiliśmy buty i kurtki w szafie i poszliśmy do mojego pokoju. Położyliśmy się na łóżku i zaczęliśmy rozmawiać. Po jakimś czasie włączył muzykę.
     -Co to jest?
     -Co?
     -No ta muzyka.
     -Mój ulubiony zespół.
     -To znaczy?
     -Nie znasz ich? - Spytał zdziwiony.
     -Jak ich nie znam to znaczy, że są beznadziejni - powiedziałam śmiejąc się, bo oczywiście nie mówiłam na poważnie.
     -Tak jasne po prostu nie znasz się na muzyce - znowu zaczął się droczyć.
Wzięłam poduszkę i rzuciłam w niego z całej siły. Złapał mnie za ręce, na ułamek sekundy spojrzał głęboko w oczy i obrócił tak, że w jednej chwili leżałam oparta o jego brzuch. Zostaliśmy tak już do końca dnia.
     Po jego wyjściu było mi trochę smutno. Nie lubiłam zostawać sama. Zastanawiałam się tylko czy on widzi w tym coś więcej niż przyjaźń, która dotychczas między nami była. Chociaż lubiłam się do niego przytulać to obawiałam się, że może to się przerodzić w coś większego.
     Tej nocy nie mogłam zasnąć... Rozmyślałam co będzie dalej i pisałam na laptopie notatkę z całego mojego dnia. Kładąc się spać spojrzałam ostatni raz na zegar nad drzwiami, który wskazywał godzinę drugą w nocy.



***********************************************************************************
Jak się pewnie część z was już domyśliła główną bezimienną bohaterką jestem ja sama. Opisałam mój rzeczywisty dzień. Nic nie dodawałam. Wszystko jest prawdziwe. Nawet godzina, o której skończyłam to pisać. Wpis nie ma związku z poprzednimi. Po prostu mnie natchnęło. Mam nadzieję, że wam się spodobał, jeżeli tak to może napiszę takich więcej. Dobranoc.

sobota, 8 listopada 2014

Rozdział 8

     -Nie! Ja chce się obudzić! To nie jest prawda! - Krzyczałam.
     -Przestań. Jesteś żałosna. Z resztą jak większość - odezwała się postać z mojego snu.
     -Tak?! Ciekawe jak ty byś się zachowała! A tak w ogóle to ty przecież nie istniejesz! Coś mi się pomieszało w głowie od czasu kiedy zemdlałam. Nie ciebie tutaj wcale nie ma - ostatnie zdanie powiedziałam już spokojnie. Zaczęłam kierować się w stronę łóżka. Nagle poczułam na moim ręku zimny dotyk skóry. -Super. Zostałam schwytana przez moją własną wyobraźnię.
      -Jestem prawdziwa i ty dobrze o tym wiesz. Przeżyłaś szok. Nikt z odwiedzających nie widział czegoś takiego przy pierwszej wizycie.
      -Chwileczkę. Wizycie tam? Na tej twojej planecie?
      -W sumie to jest to raczej inny świat.
      -Rozumiem to kolejny sen. Kiedy się obudzę? - spytałam z ironią.
      -Przestań. Jeśli chcesz mogę ci wszystko wyjaśnić, ale musisz ze mną współpracować.
      -No dobrze powiedzmy, że ci wierzę. Wyjaśnisz mi to?
      -Wspominałaś coś, że któregoś dnia zemdlałaś.
      -No i?
      -Ty wiesz coś więcej, prawda? Prawie się wygadałaś chłopakowi. On już coś podejrzewa. Wiem, że tego samego dnia porwano Eve. Jesteś teraz w kinie. Odnalazła się. Ale skończył ci się czas żeby z nią porozmawiać. Czas się zatrzymał.
      -Czekaj. Skąd ty to wiesz? Co to było jakieś przedstawienie? Jest tu gdzieś jakaś ukryta kamera? Nic mi nie wyjaśniłaś. Jedyne co teraz zrozumiałam to, że ktoś sobie ze mnie żartuje. Tylko nie wiem czemu!
      -Złap mnie za rękę. Gdzieś cię zaprowadzę.
      -Muszę? Nie mogę iść za tobą? - spytałam, ale spojrzała na mnie tak, że już znałam odpowiedź. Niepewnie chwyciłam jej rękę. Znów mrok i pustka wypełniły mój umysł. Chwilę później moim oczom ukazały się wrota do nieznanej krainy. Otworzyły się, a ja i Mantima przekroczyłyśmy ich próg. Dopiero teraz zobaczyłam przepaść pod stopami.
***
      -Padnij! - Usłyszałam. Nade mną przeleciał ogromny smok. W oddali słychać było huk.
      -Nic ci nie jest? - spytała obca mi osoba - Emily słyszysz mnie?
      -Nie nic mi nie jest skąd znasz moje imie?
      -Jestem przyjaciółką Mantimy ona musiała iść choć ze mną! Szybko!
Dobiegłyśmy do wielkiego pałacu. Pozłacane wrota już na nas czekały otwarte. Gdy tylko znalazłyśmy się w środku usłyszałam za sobą głośny huk zamykanych drzwi. 
      -Ok. Co tu jest grane?-spytałam przerażona.
      -Są teraz ćwiczenia. Choć oprowadzę cię po naszej szkole.
      -To to jest szkoła? To wygląda jak jakiś pałac.
      -Najpierw pokażę ci bibliotekę. Weźmiemy dla ciebie książki.
      -Ale ja mam szkołę. Nie potrzebuję drugiej dzięki. 
      -Musisz. Nauczymy cię jak żyć. Jak to wszystko kontrolować.
      -Jasne - odpowiedziałam nie pytając o nic więcej, bo wiedziałam, że i tak nic nie zrozumiem.
      -Należysz do pierwszej klasy. W tym roku nauczymy cię podstaw. 
      -A czego dokładniej?
      -No między innymi przemiany, przejścia do innych światów... podstaw samoobrony?
      -Czyli jakaś sztuka walki?
      -Nie, nie, nie. Będziesz się uczyła walczyć jako smok. Oczywiście najpierw zobaczymy jaka jesteś.
      -Wszyscy tutaj są smokami?
      -Potrafią się w nie zamieniać.
      -Dlaczego... Dlaczego przechodzę do innych światów? Dlaczego akurat ja?
      -Nie jesteś jedyna. Jeśli chcesz możemy najpierw cię przedstawić.

sobota, 1 listopada 2014

Rozdział 7

     Zamykając oczy zastanawiało mnie czego mogę się spodziewać od mojego życia. Jakie niespodzianki dla mnie przygotowało? Lecz mój namysł nie trwał długo. Przerwało je nagła cisza i ten sam dźwięk. Przed oczami miałam pustkę. Na ciemnym tle zaczęły pojawiać się zarysy postaci. Przypominały białe plamy. Z czasem przybrały normalne barwy. Pierwszą postacią był chłopak o ciemnobrązowych włosach i zielonych oczach, zaś drugą dziewczyna długich, lekko falowanych, brąz włosach i niebieskich oczach. Doskonale wiedziałam kim są. Widziałam siebie i Briana. Podszedł do mnie i wyciągnął rękę, ale ja jej nie złapałam. Zamiast tego uciekłam. Szukałam w pustce drugiej mnie, ale nie znalazłam. Znów spojrzałam na chłopaka. Wyglądał już trochę inaczej. Nie był już szczęśliwy, a zamiast zwykłej koszulki i szortów miał na sobie garnitur.
     - Co do... - pomyślałam.
W tym samym momencie pojawiła się reszta ludzi. Wszyscy ubrani na czarno i wszyscy równie smutni. Patrzyli się w jedno miejsce. Odwróciłam głowę w tą samą stronę i zobaczyłam... Trumnę.
     - Chwileczkę skoro są tu wszyscy moi przyjaciele to czemu mnie tu nie ma?
Potrzebowałam paru minut zanim do mnie dotarło.
     - To jest mój pogrzeb – wyszeptałam.
     - Tak. Zgadłaś. Nawet szybko – usłyszałam za sobą i aż podskoczyłam. Odwróciłam się na pięcie.
Przede mną stała szczupła dziewczyna, ale nie był to człowiek. Przypominała bardziej kota. Była na dwóch łapach z długimi pazurami, pokrytymi fioletowym futrem. Miała duże, zielone, kocie oczy, za to jej uszy kojarzyły mi się ze smokiem. Oprócz tego do pasa sięgały długie brązowe włosy.
     - Kim jesteś? - wycedziłam. Byłam ciekawa kim i czym jest, ale jednocześnie tak przerażona, że nie potrafiłam tego ukryć.
     - Nazywam się Mantima. Jestem Majwą.
     - To znaczy?
     - Istotą żyjącą w przestrzeni międzyczasowej.
     - Aha jasne – powiedziałam, bo nic tak naprawdę nie rozumiałam.
     -Nie martw się nie ty sama... Codziennie przybywa tu wiele różnych istot.
     - Tu? To znaczy gdzie?
     - Na Bintinie – planecie oddalonej od Ziemi o setki tysięcy lat świetlnych. Nie ma nic wspólnego z innymi planetami. Jesteś tu, ponieważ masz duże kłopoty.
     - Czy chodzi o tego gigantycznego wilka, który stoi za tobą? - zapytałam. Choć się bałam to udało mi się utrzymać spokojny ton.
Odwróciła się na pięcie, skoczyła i w ułamku sekundy zmieniła się w wielkiego, płonącego smoka. Serce zaczęło bić mi mocniej i przewróciłam się na ziemię. Obudziłam się. Nadal byłam przerażona. Wstałam i poszłam do łazienki, by przemyć twarz zimną wodą. Gdy spojrzałam w lustro nie mogłam wierzyć własnym oczom.