- Co by teraz
porobić - powiedziałam sama do siebie, kiedy w pokoju rozległo się
pukanie do drzwi. Otworzyłam. Przede mną stał ten sam chłopak co
na zdjęciach - hej...
- Cześć. Czemu nie przyszłaś? Mieliśmy dziś ważny mecz. Obiecałaś, że będziesz - miał przyjemny, ciepły głos. Na jego ustach widać było uśmiech, ale w oczach smutek.
- Przepraszam... Yhm... Źle się dziś czułam... Myślałam, że Eve ci powiedziała.
- O czym? - powiedział i zbliżył się na krok.
- Zemdlałam dzisiaj po lekcjach. Przez połowę drogi do domu nie mogłam odzyskać równowagi... No, a potem część rzeczy zapomniałam....
- A byłyście u pielęgniarki? - Jego mina zmieniła się teraz w zatroskaną. Objął mnie w pasie i pocałował w policzek. Jednak nie było w tym dla mnie nic dziwnego. Przybliżyłam się jeszcze bardziej i oparłam głowę o jego ramię.
- Nie, nie byłyśmy. Czuję się już dużo lepiej, ale... - Chciałam mu o wszystkim powiedzieć, ale nie byłam pewna czy powinnam.
- Ale?
- Ale jestem głodna - powiedziałam śmiejąc się. Musiałam coś zmyślić - chodź, zjemy coś.
- A gdzie? - zapytał odwzajemniając uśmiech.
- Nie wiem jeszcze. Możesz coś zaproponować.
- Hmmm... To może do takiej restauracji. Otworzyli ją niedawno. Jest niedaleko. Moi znajomi byli i chwalą.
- Dobrze, ale ty prowadzisz.
Wyszliśmy. Zamknęłam drzwi i ruszyliśmy w kierunku windy.
- Idziemy sami czy chcesz kogoś zabrać? - zapytał.
- Nie. Chciałabym spędzić resztę dnia z tobą - nie miałam ochoty na kolejne niespodzianki. Musiałam najpierw przyjąć do wiadomości to, czego już się dowiedziałam.
- Dobrze. Jedziemy taksówką czy idziemy pieszo?
- Mówiłeś, że to niedaleko, więc chyba pieszo - powiedziałam nadal się uśmiechając. Przy nim nie potrafiłam być smutna.
- W takim razie potrzebujemy na dojście aż piętnaście minut - zaczął się śmiać.
Szliśmy trzymając się za ręce. Minęliśmy fontannę i skręciliśmy w lewo. Przed nami była wielka brama, a obok mała furtka.
- Chwila. Zaczekaj. Trochę się chyba zapomniałam. My chyba nie możemy wychodzić poza teren szkoły.
- Nam wszystko wolno - powiedział i znów pocałował mnie w policzek.
Wyjął z kieszeni kluczyk i włożył go do zamka. Szliśmy długą ulicą. Było już ciemno. Drogę oświetlały nam tylko latarnie. Na niebie nie było żadnej chmurki, a jedynie księżyc i miliony gwiazd. Zastanawiałam się jak było przed tym wszystkim. Przed moim snem... Jeśli to w ogóle był sen...
- O czym tak myślisz? - Brian przerwał moje rozmyślania.
- O wszystkim. O nas - odpowiedziałam i wtuliłam się w jego ramię. Staliśmy tak dobrą minutę.
- To co idziemy? Czy chcesz wracać? - spojrzał mi w oczy. Było w nich tyle miłości...
- A daleko jeszcze? - Powiedziałam wesoło.
- Nie. To już tam - wskazał niski budynek z dużymi oknami. Ze środka dobiegało światło.
- Więc idziemy.
- Cześć. Czemu nie przyszłaś? Mieliśmy dziś ważny mecz. Obiecałaś, że będziesz - miał przyjemny, ciepły głos. Na jego ustach widać było uśmiech, ale w oczach smutek.
- Przepraszam... Yhm... Źle się dziś czułam... Myślałam, że Eve ci powiedziała.
- O czym? - powiedział i zbliżył się na krok.
- Zemdlałam dzisiaj po lekcjach. Przez połowę drogi do domu nie mogłam odzyskać równowagi... No, a potem część rzeczy zapomniałam....
- A byłyście u pielęgniarki? - Jego mina zmieniła się teraz w zatroskaną. Objął mnie w pasie i pocałował w policzek. Jednak nie było w tym dla mnie nic dziwnego. Przybliżyłam się jeszcze bardziej i oparłam głowę o jego ramię.
- Nie, nie byłyśmy. Czuję się już dużo lepiej, ale... - Chciałam mu o wszystkim powiedzieć, ale nie byłam pewna czy powinnam.
- Ale?
- Ale jestem głodna - powiedziałam śmiejąc się. Musiałam coś zmyślić - chodź, zjemy coś.
- A gdzie? - zapytał odwzajemniając uśmiech.
- Nie wiem jeszcze. Możesz coś zaproponować.
- Hmmm... To może do takiej restauracji. Otworzyli ją niedawno. Jest niedaleko. Moi znajomi byli i chwalą.
- Dobrze, ale ty prowadzisz.
Wyszliśmy. Zamknęłam drzwi i ruszyliśmy w kierunku windy.
- Idziemy sami czy chcesz kogoś zabrać? - zapytał.
- Nie. Chciałabym spędzić resztę dnia z tobą - nie miałam ochoty na kolejne niespodzianki. Musiałam najpierw przyjąć do wiadomości to, czego już się dowiedziałam.
- Dobrze. Jedziemy taksówką czy idziemy pieszo?
- Mówiłeś, że to niedaleko, więc chyba pieszo - powiedziałam nadal się uśmiechając. Przy nim nie potrafiłam być smutna.
- W takim razie potrzebujemy na dojście aż piętnaście minut - zaczął się śmiać.
Szliśmy trzymając się za ręce. Minęliśmy fontannę i skręciliśmy w lewo. Przed nami była wielka brama, a obok mała furtka.
- Chwila. Zaczekaj. Trochę się chyba zapomniałam. My chyba nie możemy wychodzić poza teren szkoły.
- Nam wszystko wolno - powiedział i znów pocałował mnie w policzek.
Wyjął z kieszeni kluczyk i włożył go do zamka. Szliśmy długą ulicą. Było już ciemno. Drogę oświetlały nam tylko latarnie. Na niebie nie było żadnej chmurki, a jedynie księżyc i miliony gwiazd. Zastanawiałam się jak było przed tym wszystkim. Przed moim snem... Jeśli to w ogóle był sen...
- O czym tak myślisz? - Brian przerwał moje rozmyślania.
- O wszystkim. O nas - odpowiedziałam i wtuliłam się w jego ramię. Staliśmy tak dobrą minutę.
- To co idziemy? Czy chcesz wracać? - spojrzał mi w oczy. Było w nich tyle miłości...
- A daleko jeszcze? - Powiedziałam wesoło.
- Nie. To już tam - wskazał niski budynek z dużymi oknami. Ze środka dobiegało światło.
- Więc idziemy.
***
Otworzył
przede mną drzwi. Weszłam do środka. Na sali było mnóstwo ludzi.
Siedzieli na pięknych krzesłach z pozłacanymi wykończeniami i
przy okrągłych stołach. Kelnerka zaprowadziła nas po czerwonym
dywanie do dwuosobowego stolika z nieskazitelnie białym obrusem.
Podała nam kartę. Ceny nie były tam wysokie. Przynajmniej według
mnie. Zamówiliśmy jedzenie.
- I jak ci się podoba? - zapytał.
- Jest pięknie. Nie wiedziałam, że tak blisko naszej szkoły jest taka restauracja.
- To dobrze. Na jedzenie musimy poczekać dwadzieścia minut.
- Wytrzymam - uśmiechnęłam się - a jak poszedł mecz? - zagadałam.
- Dobrze. Wygraliśmy pięć do zera.
- Najlepsi zawsze wygrywają - spojrzałam mu w oczy. Zbliżyliśmy się do siebie i pocałowaliśmy. Czas się zatrzymał. Nic wokół nas nie było. Istnieliśmy tylko my.
- Masz na jutro jakieś plany?
- Ehm... Chyba nie... a... jaki jutro dzień?
- Sobota.
- Nie. W takim razie nie.
- Może wybierzemy się gdzieś jutro?
- Masz jakiś plan? - Byłam ciekawa czy wymyślił coś na jutrzejszy dzień.
- Pomyślałem, że możemy pójść do kina, a potem do restauracji. Może tutaj, a potem...
- Tak? A potem?
- Możemy pójść do mnie.
- I? Co będziemy robić?
- Coś wymyślimy.
- No dobrze - i znów mnie pocałował tym razem w rękę.
W tym momencie przyszła do nas kelnerka i podała jedzenie. Zjedliśmy w ciszy. Zapłaciliśmy i wróciliśmy taksówką do domu.
- I jak ci się podoba? - zapytał.
- Jest pięknie. Nie wiedziałam, że tak blisko naszej szkoły jest taka restauracja.
- To dobrze. Na jedzenie musimy poczekać dwadzieścia minut.
- Wytrzymam - uśmiechnęłam się - a jak poszedł mecz? - zagadałam.
- Dobrze. Wygraliśmy pięć do zera.
- Najlepsi zawsze wygrywają - spojrzałam mu w oczy. Zbliżyliśmy się do siebie i pocałowaliśmy. Czas się zatrzymał. Nic wokół nas nie było. Istnieliśmy tylko my.
- Masz na jutro jakieś plany?
- Ehm... Chyba nie... a... jaki jutro dzień?
- Sobota.
- Nie. W takim razie nie.
- Może wybierzemy się gdzieś jutro?
- Masz jakiś plan? - Byłam ciekawa czy wymyślił coś na jutrzejszy dzień.
- Pomyślałem, że możemy pójść do kina, a potem do restauracji. Może tutaj, a potem...
- Tak? A potem?
- Możemy pójść do mnie.
- I? Co będziemy robić?
- Coś wymyślimy.
- No dobrze - i znów mnie pocałował tym razem w rękę.
W tym momencie przyszła do nas kelnerka i podała jedzenie. Zjedliśmy w ciszy. Zapłaciliśmy i wróciliśmy taksówką do domu.
***
Odprowadził mnie pod drzwi i pocałował na pożegnanie. Weszłam do
pokoju i już nie mogłam się doczekać kolejnego dnia. Nie miałam
na nic siły. Przebrałam się w piżamę i położyłam do łóżka.
Zrzuciłam połowę poduszek na podłogę. Usłyszałam dzwonek
mojego telefonu. Na wyświetlaczu była tylko wiadomość "Dobranoc"
Jej, jaki ten Brian jest słodki. Facet ideał. Jestem ciekawa, co będzie w następnym rozdziale :)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam.