sobota, 25 października 2014

Rozdział 6

      - Co by teraz porobić - powiedziałam sama do siebie, kiedy w pokoju rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłam. Przede mną stał ten sam chłopak co na zdjęciach - hej...
      - Cześć. Czemu nie przyszłaś? Mieliśmy dziś ważny mecz. Obiecałaś, że będziesz - miał przyjemny, ciepły głos. Na jego ustach widać było uśmiech, ale w oczach smutek.
      - Przepraszam... Yhm... Źle się dziś czułam... Myślałam, że Eve ci powiedziała.
      - O czym? - powiedział i zbliżył się na krok.
      - Zemdlałam dzisiaj po lekcjach. Przez połowę drogi do domu nie mogłam odzyskać równowagi... No, a potem część rzeczy zapomniałam....
      - A byłyście u pielęgniarki? - Jego mina zmieniła się teraz w zatroskaną. Objął mnie w pasie i pocałował w policzek. Jednak nie było w tym dla mnie nic dziwnego. Przybliżyłam się jeszcze bardziej i oparłam głowę o jego ramię.
      - Nie, nie byłyśmy. Czuję się już dużo lepiej, ale... - Chciałam mu o wszystkim powiedzieć, ale nie byłam pewna czy powinnam.
      - Ale?
      - Ale jestem głodna - powiedziałam śmiejąc się. Musiałam coś zmyślić - chodź, zjemy coś.
      - A gdzie? - zapytał odwzajemniając uśmiech.
      - Nie wiem jeszcze. Możesz coś zaproponować.
      - Hmmm... To może do takiej restauracji. Otworzyli ją niedawno. Jest niedaleko. Moi znajomi byli i chwalą.
      - Dobrze, ale ty prowadzisz.
Wyszliśmy. Zamknęłam drzwi i ruszyliśmy w kierunku windy.
      - Idziemy sami czy chcesz kogoś zabrać? - zapytał.
      - Nie. Chciałabym spędzić resztę dnia z tobą - nie miałam ochoty na kolejne niespodzianki. Musiałam najpierw przyjąć do wiadomości to, czego już się dowiedziałam.
      - Dobrze. Jedziemy taksówką czy idziemy pieszo?
      - Mówiłeś, że to niedaleko, więc chyba pieszo - powiedziałam nadal się uśmiechając. Przy nim nie potrafiłam być smutna.
      - W takim razie potrzebujemy na dojście aż piętnaście minut - zaczął się śmiać.
Szliśmy trzymając się za ręce. Minęliśmy fontannę i skręciliśmy w lewo. Przed nami była wielka brama, a obok mała furtka.
      - Chwila. Zaczekaj. Trochę się chyba zapomniałam. My chyba nie możemy wychodzić poza teren szkoły.
      - Nam wszystko wolno - powiedział i znów pocałował mnie w policzek.
Wyjął z kieszeni kluczyk i włożył go do zamka. Szliśmy długą ulicą. Było już ciemno. Drogę oświetlały nam tylko latarnie. Na niebie nie było żadnej chmurki, a jedynie księżyc i miliony gwiazd. Zastanawiałam się jak było przed tym wszystkim. Przed moim snem... Jeśli to w ogóle był sen...
      - O czym tak myślisz? - Brian przerwał moje rozmyślania.
      - O wszystkim. O nas - odpowiedziałam i wtuliłam się w jego ramię. Staliśmy tak dobrą minutę.
      - To co idziemy? Czy chcesz wracać? - spojrzał mi w oczy. Było w nich tyle miłości...
      - A daleko jeszcze? - Powiedziałam wesoło.
      - Nie. To już tam - wskazał niski budynek z dużymi oknami. Ze środka dobiegało światło.
      - Więc idziemy.
 ***
       Otworzył przede mną drzwi. Weszłam do środka. Na sali było mnóstwo ludzi. Siedzieli na pięknych krzesłach z pozłacanymi wykończeniami i przy okrągłych stołach. Kelnerka zaprowadziła nas po czerwonym dywanie do dwuosobowego stolika z nieskazitelnie białym obrusem. Podała nam kartę. Ceny nie były tam wysokie. Przynajmniej według mnie. Zamówiliśmy jedzenie.
      - I jak ci się podoba? - zapytał.
      - Jest pięknie. Nie wiedziałam, że tak blisko naszej szkoły jest taka restauracja.
      - To dobrze. Na jedzenie musimy poczekać dwadzieścia minut.
      - Wytrzymam - uśmiechnęłam się - a jak poszedł mecz? - zagadałam.
      - Dobrze. Wygraliśmy pięć do zera.
      - Najlepsi zawsze wygrywają - spojrzałam mu w oczy. Zbliżyliśmy się do siebie i pocałowaliśmy. Czas się zatrzymał. Nic wokół nas nie było. Istnieliśmy tylko my.
      - Masz na jutro jakieś plany?
      - Ehm... Chyba nie... a... jaki jutro dzień?
      - Sobota.
      - Nie. W takim razie nie.
      - Może wybierzemy się gdzieś jutro?
      - Masz jakiś plan? - Byłam ciekawa czy wymyślił coś na jutrzejszy dzień.
      - Pomyślałem, że możemy pójść do kina, a potem do restauracji. Może tutaj, a potem...
      - Tak? A potem?
      - Możemy pójść do mnie.
      - I? Co będziemy robić?
      - Coś wymyślimy.
      - No dobrze - i znów mnie pocałował tym razem w rękę.
W tym momencie przyszła do nas kelnerka i podała jedzenie. Zjedliśmy w ciszy. Zapłaciliśmy i wróciliśmy taksówką do domu.
 ***
      Odprowadził mnie pod drzwi i pocałował na pożegnanie. Weszłam do pokoju i już nie mogłam się doczekać kolejnego dnia. Nie miałam na nic siły. Przebrałam się w piżamę i położyłam do łóżka. Zrzuciłam połowę poduszek na podłogę. Usłyszałam dzwonek mojego telefonu. Na wyświetlaczu była tylko wiadomość "Dobranoc"

sobota, 18 października 2014

Rozdział 5

     Stanęłam jak wryta. Moim oczom ukazała się roześmiana twarz Eve, a obok niej jej brata. Tego już było dla mnie za wiele. Chciałam biec, krzyczeć "co się z tobą stało?!", ale nie mogłam. Coś trzymało mnie w miejscu tak, że nie potrafiłam się ruszyć. Po chwili zewsząd zaczęło dobiegać nieme "!!!!!!!!!". Upadłam na podłogę, a mój umysł wypełniła pustka.

      - Emily? Emily? - mówiła wpatrzona we mnie, przerażona Eve - otworzyłam oczy - jejku już myślałam, że będę musiała cię wlec do gabinetu pielęgniarki - powiedziała tym razem z uśmiechem.
      - Co się stało? - spytałam nieco oszołomiona.
      - Szłyśmy kiedy nagle upadłaś na ziemię jak worek ziemniaków - powiedziała śmiejąc się w głos.
      - Mi nie wydaje się to być śmieszne - burknęłam. Zastanawiałam się o co chodzi. Nic do mnie jeszcze nie docierało - Chodźmy już na lekcję... Która jest tak w ogóle godzina?
      - Już skończyłyśmy lekcje.
      - To świetnie... - bąknęłam. Próbowałam wstać, ale kiedy już mi się to udało, przewróciłam się
z powrotem
      - Pomogę ci - powiedziała chichocząc i wyciągnęła do mnie rękę. Złapałam ją ponownie usiłując wstać. Szłam podtrzymując się ramienia przyjaciółki.
      W końcu w połowie drogi odzyskałam równowagę i mogłam  iść dalej sama. Przyspieszyłyśmy kroku. Weszłyśmy do ogromnego parku. Szłyśmy drogą wyłożoną szarą kostką brukową. Po bokach były ustawione drewniane ławki. Gdzieniegdzie posadzono drzewa. Minęłyśmy posąg patrona szkoły. Podążałyśmy ciemną ścieżką. Teraz wokół nas porastał gęsty, mieszany las. Drogę oświetlały nam latarnie, które stały po bokach owej ścieżki. W końcu doszłyśmy do małej fontanny. Odbiłyśmy w lewo i zaraz znalazłyśmy się przy krótkich schodkach. Zeszłyśmy po nich w dół i wreszcie ujrzałyśmy nasz cel. Był nim nasz dom, czyli tym samym wszystkich uczniów należących do internatu.

      Przeszłyśmy ogródek i weszłyśmy przez wielkie, podwójne drzwi do środka. Choć znałam nasz salon doskonale to rozejrzałam się jakbym była tutaj pierwszy raz. Stały tam trzy czteroosobowe kanapy w jasnych kolorach, a na środku mały stoliczek, na którym leżały wszelkiego rodzaju czasopisma. Uwagę zwracał kominek z czerwonej cegły i wiszący nad nim telewizor. W oknach sięgających od sufitu do podłogi wisiały kolorowe, pasujące do całej reszty firanki. Pomimo, że budynek miał tylko cztery piętra, posiadał dwie spore windy. Weszłyśmy do jednej z nich i wybrałyśmy guzik z numerem trzecim. Po chwili drzwi znów się otworzyły, a ja nie wiedząc, w którą stronę się teraz udać automatycznie odbiłam w prawo. Teraz naprawdę miałam pustkę w głowie. Przede mną było mnóstwo drzwi, a ja nie wiedziałam, które wybrać. Sięgnęłam do kieszeni
i wyjęłam z niej kluczyk. Niestety nie było przy nim numerka. Nic przy nim nie było.
      - Co się stało? Czemu tak stoisz? Nie idziesz do siebie? - zapytała Eve.
      - Nie... Nie.... Nie pamiętam, który pokój jest mój - powiedziałam zakłopotana.
      - Chyba powinnyśmy jednak iść do pielęgniarki. Pamiętasz jak mam na imię? Jak sama się nazywasz?
      - Tak, tak to pamiętam i imiona pozostałych też. Zapomniałam tylko numery pokoi - odpowiedziałam nerwowo się rozglądając.
      - Choć pokażę ci - powiedziała po czym złapała mnie za rękę.
Prowadziła mnie szerokim, długim korytarzem z czerwonym dywanem i ścianami w kolorze czerwonego grapefruita.
       - To tu - wskazała palcem drzwi z numerem trzysta dwunastym.
       - Dzięki. Który pokój jest twój?
       - Sto pięćdziesiąty czwarty. To na pierwszym piętrze. Brian jest w trzysta siedemdziesiątym. Chyba o nim nie mogłaś zapomnieć. Prawda? - zapytała bacznie mi się przyglądając.
       - Nie no co ty - skłamałam.
       - Dobra, ja już idę. Jakby co to dzwoń - powiedziała po czym odeszła w stronę windy.
Włożyłam kluczyk do zamka. Kiedy już miałam wejść moją uwagę przykuła mała, wisząca na ścianie, blaszana skrzyneczka. Była koloru kremowego z jasnoróżowymi dodatkami. Na górze, na wąskiej klapie widniał napis "listy", a trochę niżej numer pokoju. Przełożyłam kluczyk do zamka skrzyneczki. Otworzyła się. Wyjęłam z niej kilka różowych kopert, a następnie weszłam do pokoju.

       Mój pokój był ogromny. Na prawo od drzwi stała wielka szafa z motywem miasta. Na przeciwko, na całej ścianie było okno z fioletowymi firankami. Z prawej strony stało dwuosobowe łóżko i dwie szafeczki nocne. W moim pokoju stało również długie, szerokie biurko. Przy nim było wygodne, jasne krzesło z drewnianymi wykończeniami.  Oprócz tego w rogu stały dwa rozłożyste fotele, a między nimi długi stolik do kawy.  Usiadłam na jednym z foteli i zaczęłam czytać listy, które znalazłam w skrzynce. W każdym z nich było wyznanie miłości, każdy był od innej osoby.
W każdym z wyjątkiem jednego. Jedna z kopert była zwykła, biała. Otworzyłam ją.  Umieszczono
w niej kartę płatniczą i list. Od rodziców. Pisali:
Wysyłamy ci nową kartę płatniczą. Masz na niej dziesięć tysięcy. Musi ci to wystarczyć do końca następnego miesiąca.
Wiemy, że do wakacji zostały jeszcze cztery miesiące, ale już planujemy podróż. Zamierzamy wyjechać na miesiąc. Na dwa tygodnie do Londynu i na dwa tygodnie na jakąś wyspę, ale jeszcze nie wiemy na jaką. Może ty chcesz gdzieś bardzo pojechać? Czekamy na list. 
Kochający rodzice
 Spojrzałam na zegarek. Wskazywał godzinę siedemnastą. Poczta już była zamknięta. Pomimo to wyjęłam z szuflady biurka kartkę i napisałam do rodziców list z podziękowaniami. Złożyłam go na pół i odłożyłam na bok. Podeszłam do drzwi, które były z drugiej szafy. Kiedy wchodziłam do pokoju nie zauważyłam ich. Otworzyłam je i znalazłam się w dużej łazience z wanną, kabiną prysznicową, toaletą i umywalką, nad którą wisiało duże lustro. Wyszłam i znów zobaczyłam coś nowego. Była to tablica korkowa. Wisiało na niej mnóstwo zdjęć. Na większości z nich byłam ja
i jakiś chłopak. Domyśliłam się, że jest to Brian. Powoli wszystko do mnie wracało. Miałam tylko jeden problem. Co się stało? Czemu obudziłam się tutaj? Czy to był sen? A może teraz śnie? Który ze światów jest rzeczywistością? Nie znałam odpowiedzi na te pytania. Miałam nadzieję, że one przyjdą z czasem.

sobota, 11 października 2014

Rozdział 4

      Wsiadłam do prawie pustego autobusu. Oparłam głowę o szybę i wpatrywałam się w mijane budynki. Postanowiłam odejść trochę od moich problemów. Zadzwoniłam do mojej drugiej najlepszej koleżanki.
      - Halo? - usłyszałam głos Alice.
      - Hej. Tu Emily. Miałabyś może ochotę pójść ze mną do kina?
      - Chętnie. Zaczekaj spytam się rodziców - powiedziała po czym odeszła od telefonu - już jestem. Mogę. A kiedy? Na co?
      - Teraz byśmy pojechały. Film wybierzemy na miejscu.
      - Dobrze to może spotkamy się pod moim domem?
      - Szczerze mówiąc wolałabym na miejscu.
      - No niech będzie. W którym kinie?
Ustaliłyśmy miejsce i godzinę. Ja oczywiście nic z rodzicami nie uzgadniałam. Nie widzieli mnie już cały dzień, a do domu nie pierwszy raz wrócę blisko północy.
  
      Wybrałyśmy najwyżej ocenianą komedię i weszłyśmy na salę. Byłyśmy chyba nieco spóźnione, ale na reklamach nam nie zależało.
      - Tak w ogóle ostatnio się zbyt często nie widywałyśmy. Nie mam ci tego za złe, bo sama oczywiście też mam przyjaciół i spędzam z nimi cały czas, tak jak ty z Eve. Co się stało? Pokłóciłyście się? - Pytała Alice.
      - Nie... Eve ma teraz dużo większe problemy. Myślałam, że wiesz - powiedziałam, ale zaraz ugryzłam się w język. Przecież to miało pozostać tajemnicą.
      - To znaczy? Jakie problemy?
      - No trudno. Miałam nikomu nie mówić, ale sama też nie mogę z tym zostać. Muszę to w końcu z siebie wyrzucić. Eve porwał jakiś mężczyzna. Z tego co się o nim dowiedziałam jest jej bratem, ale to długa historia. Problem w tym, że spotkałam jego brata, a brata ciotecznego Eve w kawiarni. Od razu się do mnie dosiadł, dał mi swój numer i odszedł.
      - Czy mogłabym ci jakoś pomóc?
      - Nie... Nie chcę cię w to wciągać.
Wraz z rozpoczęciem filmu zakończyła się nasza rozmowa. W jego trakcie cała sala się śmiała. Oprócz mnie. Nie mogłam przestać myśleć o Eve. Chociaż się starałam odciągnąć od tego swoją uwagę. Z zamyślenia wyrwał mnie głośny śmiech dochodzący zza moich pleców. Odwróciłam się, ale było zbyt ciemno żebym mogła zobaczyć twarze innych ludzi. Nagle światła się zapaliły. Spojrzałam na ogromny ekran. Leciały już napisy. Nie wiedziałam, że ten film tak szybko minie.
      - Jak ci się podobało? - zagadałam Alice.
      - Było super! Dzięki, że wyciągnęłaś mnie z domu - powiedziała z szerokim uśmiechem.
Znów obejrzałam się za siebie. Szukałam wzrokiem kto mógł tak hałasować w trakcie seansu. To co zobaczyłam nigdy bym się nie spodziewała...

sobota, 4 października 2014

Rozdział 3

      Weszłam na komendę. Było tu więcej ludzi niż ostatnim razem. Wszyscy się gdzieś śpieszyli, co powodowało gwar. Z trudem odnalazłam wujka, który siedział na tym samym miejscu co ostatnio.
     - Hej. Mogę...? - spytałam nie wiedząc jak skończyć zdanie.
     -Jasne, siadaj
Usiadłam w dużym, czarnym fotelu. Oparłam się i rozejrzałam po pomieszczeniu. Był to duży pokój z jasnymi ścianami. Wisiały na nich przeróżne obrazy. Nowoczesne, ale też i bardziej klasyczne. Gdzieniegdzie uzupełniały je zdjęcia wujka z ciocią i Lili - jego małą, słodką córeczką. Nad szklanymi drzwiami wisiał czarny zegar wskazujący godzinę szesnastą. Przede mną na stalowych nogach stało duże, sosnowe biurko, a na nim ogromny monitor (ogromny jak dla mnie, bo ja miałam laptopa).
      - A więc piszesz pracę do szkoły tak? - spytał wujek z lekką nutą niedowierzania.
      - Tak, dokładnie - odpowiedziałam przeczuwając, że wujek coś wie.
      - Więc co chcesz wiedzieć? Pytaj śmiało - powiedział wujek z wielkim uśmiechem na twarzy.
      - Szczerze mówiąc najbardziej mnie ciekawi to czy można kogoś znaleźć wiedząc tylko jak ta osoba wygląda, ale nie jak się nazywa - powiedziałam mając nadzieję, że tak dowiem się czegoś więcej o porywaczu.
      - No jasne. Tylko, że nie mogę ci tego pokazać.
      - Dlaczego? Wujku proszę obiecuję, że napiszę w pracy tylko to, że jest taka możliwość, ale ja tego nie widziałam - błagałam wujka.
      - Eh... No dobrze... Tylko nikomu nie mów zgoda? - od razu przytaknęłam, żeby tylko jak najszybciej zdobyć informacje - No to nie wiem... podaj jakiś dowolny opis. Kogokolwiek albo wymyśl na szybko.
      - No to może tak... krótkie, ciemne włosy... duże, brązowe oczy i.... długi, spiczasty nos. No i jeszcze metr siedemdziesiąt wzrostu.
      - To on? - zapytał niespodziewanie wujek.
      - Ale o co teraz pytasz? - Byłam zaniepokojona, że moje podejrzenia się potwierdzą.
      - Czy to o tego człowieka ci chodziło? Skoro zmyślałaś zapewne wybrałaś podświadomie jakiegoś przechodnia.
      - A tak, tak to on - odpowiedziałam z ulgą.
Spojrzałam na fotografię, na której widać było tylko twarz porywacza. Miał dwadzieścia pięć lat i mieszkał w naszym mieście, w dodatku w domku niedaleko mieszkania Eve. Przeprowadził się tam bardzo nie dawno. Nie był nigdy za nic skazany. Zdziwiło mnie tylko jego nazwisko. Brzmiało tak samo jak nazwisko jej ciotki, która - jak mi opowiadała Eve - nie mogła mieć dzieci, a mimo to miała dwóch synów.
      - Czy wszyscy mają taki swój "album"?
      - Nie... Tylko przestępcy i ktoś kto składał ważne dokumenty na przykład w sprawie adopcji... Historie akurat tego dzieciaka... znam dość dobrze...
      - Co się z nim działo? - wyszeptałam ze wzrokiem wbitym w ziemię.
      - Matka urodziła go w szpitalu, ale nie chciała go wziąć do domu... Powiedziała, że ona i mąż nie chcą mieć dziecka, więc postanowiła zostawić go w szpitalu. Oczywiście nie był to pierwszy taki przypadek. Tylko, że ona nie chciała go mieć w swojej rodzinie. Kiedy jej siostra zaoferowała się, że ona chętnie go przygarnie... odmówiła. Wtedy zaczęło się chodzenie po sądach. W końcu jej siostra wygrała i zabrała chłopca do domu... Przykra sprawa mieć taką matkę... Po jakimś czasie ta kobieta, która go przygarnęła, wyszła za mąż i cudem urodziła chłopca, więc teraz ma młodszego brata - ostatnie zdanie powiedział uśmiechając się - przynajmniej miał weselej z rodzeństwem.
      - A czy możesz mi pokazać jego brata, bo... bo to chyba mój kumpel. Kojarzę nazwisko.
      - No dobrze to on.
Jeszcze raz spojrzałam na ekran. Znów było tak jak podejrzewałam. Moim oczom ukazało się zdjęcie chłopaka z kawiarni.
      - Dziękuję ci wujku. Bardzo mi pomogłeś. Muszę już iść. Do zobaczenia! - powiedziałam z udawanym uśmiechem. Wychodząc przez szklane drzwi jeszcze raz spojrzałam na zegarek. Tym razem wskazywał godzinę osiemnastą.
       W drodze do autobusu zastanawiałam się co teraz powinnam zrobić. Czy to co planuję jest bezpieczne? Jak to wszystko się dalej potoczy? Czemu brat Eve zabrał ją gdzieś bez niczyjej zgody, a już na pewno bez zgody jej rodziców? Chociaż poznałam odpowiedzi na moje poprzednie pytania to pojawiły się następne i teraz już napawdę nie wiedziałam co mam robić.